środa, 10 września 2014

Rozdział XXXII

            ***5 miesięcy później***
            Wszystko przebiega w jak najlepszym porządku. Camille rośnie jak na drożdżach. Jedyne co w tym momencie może mnie niepokoić to dziwne zachowanie Vanessy.
            Właśnie bawiłem się Cam w salonie, gdy ze schodów zeszła Vanessa cała zalana łzami.
            - Możemy porozmawiać? – zapytała. Byłem lekko zdezorientowany gdy zobaczyłem w jej dłoniach biały patyczek. Postawiłem Camille na podłodze i poszedłem z Van do kuchni wciąż mając widok na córkę.
            - Czy to jest test ciążowy? – zapytałem wskazując białe coś co miała w rękach.
            - Tak. Jestem w ciąży.
Każdy inny facet skakałby teraz z radości. Ale nie ja. Nie w tym momencie.
            - Kto jest ojcem? – zapytałem bez ogródek.
            - Co? – Vanessa sprawiała wrażenie jakby nie wiedziała o czym mówię.
            - Pytam kto jest ojcem – powtórzyłem – Vanessa, nie kochaliśmy się od pięciu miesięcy, od kąd wyszłaś ze szpitala. Ustaliliśmy, że zrobimy to dopiero po ślubie, a ty teraz wyskakujesz mi, że jesteś w ciąży. Pytam z kim mnie zdradziłaś.
            - Z Edem – powiedziała cicho.
Poczułem, jak nogi się pode mną załamują. Moja narzeczona zdradziła mnie z moim kumplem.
            - Wtedy kiedy dzwoniłaś do mnie, że zostajesz na noc u Melanie, nie byłaś u niej. Byłaś u Eda. – Vanessa i Melanie bardzo się zaprzyjaźniły, dwa tygodnie temu, Vanessa zadzwoniła do mnie, że Mel urządza małe spotkanie z przyjaciółkami na które została zaproszona i że nie wróci na noc do domu.
            Vanessa lekko skinęła głową.
             - Ile razy mnie zdradziłaś? Nie powtórzę tego. – powiedziałem widząc minę Vanessy która mówiła „Że co?!”
            - To był jeden jedyny raz. Nie planowałam tego. Tak jakoś...
            Nie chciałem jej dalej słuchać. Wyminąłem ją i poszedłem na górę do sypialni. Bez zastanowienia zacząłem pakować najpotrzebniejsze rzeczy moje i Cam. Tak wyprowadzam się. Jeszcze nie wiem do kąd, ale na pewno biorę ze sobą Camille. Vanessa wpadła za mną do pokoju gdy brałem kurteczkę i buty dla mojej córeczki.
            - Co robisz? – spytała patrząc na walizkę.
            - Wyprowadzam się nie widać? I zabieram ze sobą małą. – powiedziałem wychodząc z pokoju by ubrać Cam.
Jak dla mnie to sporo czasu zajęło Vanessie tego co do niej powiedziałem bo gdy zeszła na dół na skończyłem już ubierać moją córeczkę i szykowałem się wyjścia.
            - Nie możesz mi zabrać Camille! – krzyknęła schodząc po schodach.
            - Po pierwsze – powiedziałem spokojnie – nie krzycz bo wystraszysz dziecko. Po drugie: Właśnie to robię. – włożyłem na siebie kurtkę i wziąłem Cam na ręce. – Aha – odwróciłem się gdy miałem otworzyć drzwi. – To koniec. Oddaj mi pierścionek. Nie chcę cię więcej w moim życiu. Myślałem, że jesteś tą jedyną, a tym czasem byłaś tylko jedną wielką pomyłką.
            - Aha! – krzyknęła zdejmując pierścionek i oddając mi go. – Czyli Camille też była błędem!? – krzyknęła gdy byłem już na zewnątrz naszego domu. Odwróciłem się do niej wściekły jak jeszcze nigdy nie byłem.
            - Nigdy PRZENIGDY – podkreśliłem – nie waż się nazywać Camille błędem. Jest najlepszym co mnie w życiu spotkało.
            Podszedłem do samochodu. Otworzyłem bagażnik i wrzuciłam do niego walizkę. Następnie otworzyłem tylne drzwi i wyciągnąłem fotelik Cam i zaniosłem go na miejsce pasażera, włożyłem Camille do fotelika i zapiąłem ją. Okrążyłem samochód, wsiadłem na miejsce kierowcy i ruszyłem spod niegdyś mojego domu. Zatrzymałem się kilka przecznic dalej. Wyciągnąłem telefon i przejrzałem listę kontaktów. Nie miałem zielonego pojęcia gdzie mógłbym iść. Wtedy mój wzrok przykuło imię Luke. Właśnie. Luke to mój przyjaciel. Poznaliśmy się kiedyś przypadkiem w sklepie z ubrankami dla dzieci gdy kupowałem Camille jakieś ubranka na jesień. Luke ma synka, który ma 7 miesięcy. Sam go wychowuje ponieważ jego matka zostawiła go 2 miesiące po narodzeniu się Mika. Wybrałem numer i przyłożyłem telefon do ucha. Nie musiałem długo czekać aż odbierze.
            - Hej Justin co tam? – powiedział do słuchawki.
            - Do kitu – przyznałem – potrzebuję pomocy. Jesteś jedyną osobą, która może mi pomóc.
            - Jasne przyjeżdżaj. Czekam. – powiedział lekko zaniepokojony.
            Odpaliłem silnik i już po 5 minutach byłem pod domem Luke’a. Miał nieduży jednopoziomowy dom. Wysiadłem z samochodu, obszedłem go i odpiąłem Camille. Gdy wyciągałem małą z auta, drzwi otworzyły się i zobaczyłem Luke’a z Mikiem na rękach. Zamknąłem drzwi samochodu i wszedłem do domu przyjaciela. Zdjąłem kurtkę, powiesiłem ja na wieszaku i skierowałem się za Lukiem w stronę salony. Zdjąłem Cam kurtkę i posadziłem na podłodze obok Mika.
            - A teraz powiedz co się stało. – zachęcił mnie przyjaciel.
            - Vanessa jest w ciąży. – powiedziałem. Na jego twarzy pojawił się uśmiech.
            - Stary no gratuluję...
            - Nie ze mną – przerwałem mu. – Zdradziła mnie z Edem.
            - Auć. Naprawdę mi przykro. Nie wiedziałem. – Powiedział Luke. Wyglądał na przygnębionego.
            - Nic się nie stało. Mógłbym zostać u ciebie kilka dni z Cam dopóki nie wymyślę co zrobić?
            - No pewnie. Możesz tu zostać jak długo chcesz. Przygotuję ci pokój. Zajmiesz się dziećmi? – zapytał wstając.
            - Z przyjemnością. – powiedziałem z uśmiechem na ustach.
Zsunąłem się z kanapy żeby być bliżej dzieci. Bawiłem się z nimi do chwili kiedy Luke nie wrócił.
            - Co kolego? – powiedział biorąc Mika na ręce. - Pora na drzemkę. Położę go i zaraz przyjdę. – skinąłem głową na znak, że nie mam z tym problemu.
Usiadłem z powrotem na kanapie i wziąłem Cam na ręce. Przytuliłem ją bardzo mocno, ale równocześnie ostrożnie wiedząc, że jest jeszcze mała. Jakby wiedziała co mam na myśli oplotła swoimi małymi rączkami moją szyję, czym wywołała delikatny uśmiech na mojej twarzy.
            - Kocham cię skarbie. Pamiętaj o tym zawsze. – wiedziałem, że nie miała pojęcia co do niej mówię, ale dla mnie było to ważne, żeby jej powiedzieć.
Kiedy przestałem ją przytulać zobaczyłem, że Luke przygląda się wszystkiemu z końca pokoju.
            - Słodko razem wyglądacie. Nie martw się wszystko będzie dobrze. – pocieszył mnie. Podszedł do kanapy i zajął miejsce obok mnie.
            - Dzięki za pomoc. Gdyby nie ty nie wiem gdzie bym się podział z Cam. – powiedziałem sadzając sobie małą na kolanach.
            - Nie ma problemu. Więc co planujesz?
            - Nie wiem – przyznałem. – Chciałbym wrócić do Los Angeles, ale z drugiej strony nie mogę pozwolić by Vanessa nie spotykała się z Cam. Nie ważne jak wiele złego zrobiła to wciąż jej matka.
            - Też tak myślałem gdy Maria zostawiła mi Mika. – zdziwiłem się, że zaczął ten temat. Zawsze omijał go szerokim łukiem. – Gdy zostawiała go u mnie, powiedziała, że mnie nie kocha, ale nie da rasy wychować naszego syna sama. Powiedziała, że chce mieć z nim kontakt na co oczywiście się zgodziłem. Nie chciałem się wyprowadzać z Chicago, bo kochałem to miasto. Maria przychodziła do Mika do czasu aż drugi raz zaszła w ciążę. Mógłbym nawet powiedzieć, że się go wyparła. Gdy pewnego dnia mijałem ją na ulicy gdy szła gdzieś ze swoim nowym kolesiem, zatrzymałem się i powiedziałem „Zobacz jak twój synek rośnie”. Ona nie odwiedzała go od dwóch tygodni. Zamiast powiedzieć czegoś na jego temat powiedziała „Co pleciesz? Ja nigdy wcześniej nie miałam dziecka”. Zabolało. Wtedy podjąłem zdecydowane kroki. Wniosłem wniosek do sądu o przyznanie mi wyłącznych praw do Mika. Wygrałem. Wyprowadziłem się do Miami i zacząłem wszystko od nowa. Ale żeby nie było: nie sugeruję, żebyś robił to samo.
            Spojrzałem w dół na Camille, która spała spokojnie na moim brzuchu.
            - Pójdę ją położyć. Sam chyba też się zdrzemnę. – powiedziałem wciąż przetwarzając w myślach to co powiedział mi Luke.
            - Spoko. Pierwsze drzwi na lewo. – odparł.
            - Ok – powiedziałem wstając. – Mógłbyś wziąć na chwilę Camille? – spytałem – ja bym skoczył do auta po torbę z rzeczami.
            - Jasne – powiedział biorąc ode mnie małą. Chwyciłem kluczyki do auta i wybiegłem z domu w koszulce na krótki rękaw. Tak wiem, jest zima, ale to jakoś nie robiło na mnie wrażenia. Wziąłem torbę z bagażnika i wparowałem do domu pod wpływem zimna, które powoli zaczynałem odczuwać.
            - Pobiegłeś na dwór tylko w tej koszulce? – Luke spojrzał na mnie jak na wariata.
            - Tak. Wiem, jestem idiotą – zaśmiałem się.
            Wziąłem torbę i poszedłem za Lukiem, który kierował się w stronę pokoju, który od teraz mogę nazywać moim, trzymając wciąż małą na rękach. Odłożyłem torbę na podłogę i wziąłem małą od Luka, który po chwili opuścił pokój. Położyłem się łóżku. Camille położyłem obok siebie i nakryłem nas kołdrą. Zamknąłem oczy i po chwili już spałem. Gdy się obudziłem spojrzałem najpierw na małą, która jeszcze spała, a potem na telefon. Zauważyłem, że miałem 5 nieodebranych połączeń od Vanessy. Wstałem z łózka tak, żeby nie obudzić małej. Wziąłem z walizki jej butelkę po czym zorientowałem się, że nie wziąłem z domu mleka. Wyszedłem z pomieszczenia, przymykając tylko drzwi.
            - Masz może mleko w proszku? – zapytałem Luka, który siedział na kanapie i oglądał telewizje.
            - Jasne, jest w kuchni. Poczekaj – powiedział zanim ruszyłem – Robiłeś je wcześniej?
            - Nie – przyznałem. Zwykle zajmowała się tym Vanessa albo moja mama. – Och będę kiepskim ojcem.
            - Nie będziesz. – pocieszył mnie Luke przewracając oczami. – Chodź pokażę ci. – powiedział wstając z kanapy i skierował się do kuchni. Poszedłem za nim.
Luke wyciągnął też butelkę dla Mika. Postawiłem butelkę Cam obok jego i patrzyłem jak to robi. Po chwili stały przede mną dwie pełne mleka butelki.
            - Już wiesz? – spytał podając mi moją.
            - Jasne. Dzięki. – uśmiechnąłem się i usłyszałem płacz Cam. – W samą porę. – zaśmiałem się i poszedłem po mojego pokoju. – Cichutko kochanie. – wziąłem małą na ręce i dałem jej butelkę, która już po kilku minutach była pusta. Przebrałem jej pieluszkę i poszedłem z nią do salonu, gdzie Luke karmił Mika.
            - Idziemy potem na jakiś spacer? – zapytał jak tylko mnie zobaczył. – Potem możemy iść na obiad. Nie wiem jak ty, ale ja jestem strasznie głodny. – zaśmiał się.
            - Z chęcią się oderwę choć na chwilę od tego wszystkiego.
            W tej chwili zadzwonił dzwonek do drzwi.
            - Otworzysz? – spytał Luke i spojrzał na mnie przepraszająco.

            - Nie, idź z otwórz drzwi i karm dziecko jednocześnie. – powiedziałem z sarkazmem i ruszyłem w stronę drzwi wejściowych z Cam na rękach. Otworzyłem je i uśmiech który przed chwilą miałem na ustach znikł jak za dotknięciem różdżki. Przed drzwiami stał...

środa, 3 września 2014

Rozdział XXXI

            Walnąłem pięścią w blat stołu. Nigdy nie czułem się tak bezsilny. W tej chwili nie mogłem nic zrobić.

            Następnego dnia obudził mnie dźwięk telefonu. Tej nocy też spałem u Cam. Co prawda nie wysypiałem się tam za dobrze, ale chciałem mieć ją blisko. Ledwo przytomny odebrałem telefon.
            -Halo – powiedziałem zaspanym głosem.
            -Wszystko się udało. Z tego co wiem operacja Vanessy przebiegła bez komplikacji. – usłyszałem w słuchawce głos Eda. Od razu się rozbudziłem.
            -Dzięki za informację. Sorry, że wczoraj tak na ciebie nawrzeszczałem. – Serio było mi teraz głupio.
            -Nic nie szkodzi. Miałeś prawo. Też bym się wkurzył na twoim miejscu.
            Chciałem coś powiedzieć, ale w tej chwili Camille dała o sobie znać.
            -Przepraszam Ed, ale Cam się obudziła więc sam rozumiesz.
            -Jasne. Mógłbym ją kiedyś zobaczyć? – zapytał niepewnie.
            -Na pewno, muszę kończyć, jeszcze raz dzięki za informację. – powiedziałem i rozłączyłem się. Spojrzałem na zegarek. Była 9.30. Wstałem z miejsca i podszedłem do łóżeczka Cam. Wziąłem ją na ręce i dałem jej mleko.
Gdy skończyła pić przewinąłem ją i ubrałem w piękną sukieneczkę, którą kupiłem kilka dni temu. Zszedłem z małą na dół do kuchni i położyłem ją w kołysce, którą złożyłem wczoraj wieczorem, żeby się czymś zająć. W kuchni oczywiście była moja mama.
            -Wstałeś wreszcie. Już myślałam, że nigdy nie wstaniesz. –powiedziała z uśmiechem, lecz po chwili ten zniknął z jej twarzy. – Przepraszam. Nie chciałam tego powiedzieć.
            -Nic się nie stało. –powiedziałem podchodząc do niej i całując w policzek (Jeśli ktoś nie zrozumiał: „Nigdy nie wstaniesz”, może odnosić się do śmierci, a wiecie w jakim stanie jest obecnie Vanessa) – Ed dzwonił. Powiedział, że operacja Vanessy prawdopodobnie przebiegła bez komplikacji.
            -To dobrze. Jedziesz dzisiaj do niej?
            -Bardzo bym chciał pojechać tam z Cam. Vanessa bardzo za nią tęskni.
            -Nie możesz jej wziąć do szpitala Justin – powiedziała łagodnie mama. – Jest jeszcze bardzo mała, jeszcze się czymś zarazi i będziesz miał obie swoje kobietki w szpitalu.
            -Wiem – powiedziałem wyjmując telefon. Zacząłem robić Camille zdjęcia. Mała jakby wiedziała co się dzieje, bo cały czas się śmiała i targała swoją sukienkę.
            -Ładna sukienka. Sam wybierałeś? – zapytała mama podchodząc do łóżeczka.
            -Tak sam. – robienie zdjęć przerwało połączenie. Sam. – Zaraz wrócę.
            Gdy tylko odebrałem telefon dobiegł mnie głos Sama:
            -Hej, coś się stało? Vanessa od kilku godzin nie odbiera telefonu.
            -No właściwie... – zacząłem. Bałem się powiedzieć mu prawdę. – Vanessa jest w szpitalu. Ma białaczkę.
            -Co? –powiedział z niedowierzaniem Sam. – Białaczkę? To nie możliwe.
            -Możliwe. Wczoraj miała przeszczep szpiku.
            -I ty do mnie nie zadzwoniłeś?! – Był na serio wkurzony.
            -Przepraszam.
            -Ok. uspokójmy się. Nerwy nam nie pomogą. Co z nią? –zapytał opanowany.
            -Nie wiem. Jestem w domu z Camille.
            -Właśnie. Jak ty sobie radzisz? Wszystko ok?
            -Tak w porządku. Mama bardzo mi pomaga.
            -Może przyjechać. Możemy pogadać tak po prostu jak facet z facetem.
            -Jeśli chcesz to zapraszam. A teraz przepraszam, ale muszę kończyć. Zaraz jadę do Vanessy.
            -Ok nie przeszkadzam, przyjadę za jakiś tydzień. Pasuje ci?
            -Jasne. Czekam na razie. – powiedziałem po czym rozłączyłem się.
            -Kto dzwonił? – spytała mama jak tylko wszedłem do kuchni.
            -Przyjaciel Vanessy z Nowego Yorku. Ja też się z nim zaprzyjaźniłem jak tam byliśmy. Zostaniesz teraz z Cam?
            -No jasne, leć już. – powiedziała, a ja wziąłem kluczyki i wybiegłem z mieszkania. Wsiadłem do samochodu i odjechałem.
            Po 20 minutach byłem już na miejscu. Podszedłem do rejestracji.
            -Przepraszam, gdzie leży pani Vanessa McCourt? – zapytałem pani siedzącej za biurkiem.
            -Pan jest kimś z rodziny?  - zapytała podejrzliwie.
            -Nie jeszcze – zaśmiałem się. – Jestem jej narzeczonym. Ona nie ma w mieści nikogo z rodziny.
            -Drugie piętro, sala numer 31.
            -Dziękuję. – powiedziałem i poszedłem w stronę windy.
            Nacisnąłem przycisk. Po kilku chwilach, drzwi otworzyły się otworzyły, a ja wszedłem do środka. Przycisnąłem przycisk z 2, drzwi się zamknęły i winda ruszyła w górę. Po niecałej minucie byłem już na górze. Rozejrzałem się w którym kierunku rosły liczby i skierowałem się w stronę 31. Na szczęście Vanessa leżała już na normalnej sali. Gdy doszedłem do drzwi, z sali wychodził lekarz.
            -Przepraszam panie doktorze. Co z Vanessą? –zapytałem stając przed lekarzem.
            -Pan jest kimś z rodziny? –wkurzają mnie już te pytania.
            -Nie, jestem jej narzeczonym, ale jestem najbliższą jej osobą.
            -Dobrze. Proszę za mną do gabinetu. – obrócił się w prawo i zaczął iść, a ja za nim. – Proszę usiąść. – wskazał na krzesło przed biurkiem, gdy już weszliśmy do gabinetu. Zrobiłem o co prosił, a sam zajął miejsce po drugiej stronie. – Więc tak. Pani Vanessa potrzebowała przeszczepu szpiku. Operacja odbyła się tak szybko jak tylko było to możliwe. W czasie operacji nie wystąpiły, żadne komplikacje. Teraz pozostaje nam tylko czekać, czy przeszczep się przyjmie. Jeżeli nie pojawią się komplikacje po operacji, będzie mogła opuścić szpital jeszcze w tym tygodniu.
            -Pani doktorze. – zacząłem – my mamy małe dziecko. Rozumiem, że ona już nie może karmić?
            -Nie. Ta choroba nie cofnie się całkowicie. Cały czas komórki choroby będą w organizmie pana narzeczonej. Jest małe prawdopodobieństwo, że pana dziecko się zarazi, ale jak to mówią: strzeżonego Pan Bóg strzeże. Ma pan jeszcze jakieś pytania?
            -Tak. Jedno – odparłem.
            -Może pan do niej wejść. Tylko proszę nie siedzieć za długo. – powiedział lekarz uśmiechając się. Ja także się zaśmiałem.
            -Jeszcze jedno – powiedziałem wstając – w której sali leży Ed Sheeran?
            -Sala 35. Tylko na chwilę. – uprzedził moje pytanie. Podziękowałem jej i udałem się w stronę sali na której leżał Ed. Uchyliłem lekko drzwi i zajrzałem do środka.
            - Cześć. Mogę wejść? – zapytałem chłopaka.
            - No jasne. – wszedłem do środka i usiadłem na krześle obok łóżka Eda.
            - Dzięki za wszystko. Jestem ci naprawdę wdzięczny, że nam pomogłeś.
            - Nie ma sprawy. Potraktuj to jako przeprosiny za wszystko co wam zrobiłem.
            - Ok. Muszę już iść. Kiedy cię wypisują? – spytałem wstając z krzesła.
            - Prawdopodobnie jutro. Jasne, dzięki że przyszedłeś. – powiedział gdy wychodziłem z sali.
            Skierowałem się w stronę sali na której leżała Vanessa. Gdy wchodziłem do środka, zobaczyłem, że rozmawia z jedną z kobiet leżących razem z nią na sali.
            -Dzień dobry. – przywitałem się. – Cześć skarbie. – powiedziałem do Vanessy.
            - Cześć Justin – odparła – To jest Melanie – wskazała na kobietę obok. – Ma synka trzymiesięcznego i uczęszcza na zajęcia dla mam, pomyślałam, ze też bym mogła tam chodzić z Cam.
            - Dobry pomysł. Jak się czujesz? – zapytałem siadając na krześle.
            - Dużo lepiej. Justin... – zawahała się. – Kto był Dawcą?
            - Ed. –powiedziałem krótko. – Kocham cię skarbie, muszę iść. Mama jest sama z Cam. Rozmawiałem z lekarzem. Powiedział, że jeśli nie pojawią się żadne komplikacje wyjedziesz jeszcze w tym tygodniu. – pochyliłem się ku niej i pocałowałem w czoło. – pa.

            Wyszedłem z sali i skierowałem się do wyjścia ze szpitala a potem do mojego auta zaparkowanego na parkingu przed szpitalem. Wsiadłem na miejsce kierowcy i odjechałem do domu.