środa, 3 września 2014

Rozdział XXXI

            Walnąłem pięścią w blat stołu. Nigdy nie czułem się tak bezsilny. W tej chwili nie mogłem nic zrobić.

            Następnego dnia obudził mnie dźwięk telefonu. Tej nocy też spałem u Cam. Co prawda nie wysypiałem się tam za dobrze, ale chciałem mieć ją blisko. Ledwo przytomny odebrałem telefon.
            -Halo – powiedziałem zaspanym głosem.
            -Wszystko się udało. Z tego co wiem operacja Vanessy przebiegła bez komplikacji. – usłyszałem w słuchawce głos Eda. Od razu się rozbudziłem.
            -Dzięki za informację. Sorry, że wczoraj tak na ciebie nawrzeszczałem. – Serio było mi teraz głupio.
            -Nic nie szkodzi. Miałeś prawo. Też bym się wkurzył na twoim miejscu.
            Chciałem coś powiedzieć, ale w tej chwili Camille dała o sobie znać.
            -Przepraszam Ed, ale Cam się obudziła więc sam rozumiesz.
            -Jasne. Mógłbym ją kiedyś zobaczyć? – zapytał niepewnie.
            -Na pewno, muszę kończyć, jeszcze raz dzięki za informację. – powiedziałem i rozłączyłem się. Spojrzałem na zegarek. Była 9.30. Wstałem z miejsca i podszedłem do łóżeczka Cam. Wziąłem ją na ręce i dałem jej mleko.
Gdy skończyła pić przewinąłem ją i ubrałem w piękną sukieneczkę, którą kupiłem kilka dni temu. Zszedłem z małą na dół do kuchni i położyłem ją w kołysce, którą złożyłem wczoraj wieczorem, żeby się czymś zająć. W kuchni oczywiście była moja mama.
            -Wstałeś wreszcie. Już myślałam, że nigdy nie wstaniesz. –powiedziała z uśmiechem, lecz po chwili ten zniknął z jej twarzy. – Przepraszam. Nie chciałam tego powiedzieć.
            -Nic się nie stało. –powiedziałem podchodząc do niej i całując w policzek (Jeśli ktoś nie zrozumiał: „Nigdy nie wstaniesz”, może odnosić się do śmierci, a wiecie w jakim stanie jest obecnie Vanessa) – Ed dzwonił. Powiedział, że operacja Vanessy prawdopodobnie przebiegła bez komplikacji.
            -To dobrze. Jedziesz dzisiaj do niej?
            -Bardzo bym chciał pojechać tam z Cam. Vanessa bardzo za nią tęskni.
            -Nie możesz jej wziąć do szpitala Justin – powiedziała łagodnie mama. – Jest jeszcze bardzo mała, jeszcze się czymś zarazi i będziesz miał obie swoje kobietki w szpitalu.
            -Wiem – powiedziałem wyjmując telefon. Zacząłem robić Camille zdjęcia. Mała jakby wiedziała co się dzieje, bo cały czas się śmiała i targała swoją sukienkę.
            -Ładna sukienka. Sam wybierałeś? – zapytała mama podchodząc do łóżeczka.
            -Tak sam. – robienie zdjęć przerwało połączenie. Sam. – Zaraz wrócę.
            Gdy tylko odebrałem telefon dobiegł mnie głos Sama:
            -Hej, coś się stało? Vanessa od kilku godzin nie odbiera telefonu.
            -No właściwie... – zacząłem. Bałem się powiedzieć mu prawdę. – Vanessa jest w szpitalu. Ma białaczkę.
            -Co? –powiedział z niedowierzaniem Sam. – Białaczkę? To nie możliwe.
            -Możliwe. Wczoraj miała przeszczep szpiku.
            -I ty do mnie nie zadzwoniłeś?! – Był na serio wkurzony.
            -Przepraszam.
            -Ok. uspokójmy się. Nerwy nam nie pomogą. Co z nią? –zapytał opanowany.
            -Nie wiem. Jestem w domu z Camille.
            -Właśnie. Jak ty sobie radzisz? Wszystko ok?
            -Tak w porządku. Mama bardzo mi pomaga.
            -Może przyjechać. Możemy pogadać tak po prostu jak facet z facetem.
            -Jeśli chcesz to zapraszam. A teraz przepraszam, ale muszę kończyć. Zaraz jadę do Vanessy.
            -Ok nie przeszkadzam, przyjadę za jakiś tydzień. Pasuje ci?
            -Jasne. Czekam na razie. – powiedziałem po czym rozłączyłem się.
            -Kto dzwonił? – spytała mama jak tylko wszedłem do kuchni.
            -Przyjaciel Vanessy z Nowego Yorku. Ja też się z nim zaprzyjaźniłem jak tam byliśmy. Zostaniesz teraz z Cam?
            -No jasne, leć już. – powiedziała, a ja wziąłem kluczyki i wybiegłem z mieszkania. Wsiadłem do samochodu i odjechałem.
            Po 20 minutach byłem już na miejscu. Podszedłem do rejestracji.
            -Przepraszam, gdzie leży pani Vanessa McCourt? – zapytałem pani siedzącej za biurkiem.
            -Pan jest kimś z rodziny?  - zapytała podejrzliwie.
            -Nie jeszcze – zaśmiałem się. – Jestem jej narzeczonym. Ona nie ma w mieści nikogo z rodziny.
            -Drugie piętro, sala numer 31.
            -Dziękuję. – powiedziałem i poszedłem w stronę windy.
            Nacisnąłem przycisk. Po kilku chwilach, drzwi otworzyły się otworzyły, a ja wszedłem do środka. Przycisnąłem przycisk z 2, drzwi się zamknęły i winda ruszyła w górę. Po niecałej minucie byłem już na górze. Rozejrzałem się w którym kierunku rosły liczby i skierowałem się w stronę 31. Na szczęście Vanessa leżała już na normalnej sali. Gdy doszedłem do drzwi, z sali wychodził lekarz.
            -Przepraszam panie doktorze. Co z Vanessą? –zapytałem stając przed lekarzem.
            -Pan jest kimś z rodziny? –wkurzają mnie już te pytania.
            -Nie, jestem jej narzeczonym, ale jestem najbliższą jej osobą.
            -Dobrze. Proszę za mną do gabinetu. – obrócił się w prawo i zaczął iść, a ja za nim. – Proszę usiąść. – wskazał na krzesło przed biurkiem, gdy już weszliśmy do gabinetu. Zrobiłem o co prosił, a sam zajął miejsce po drugiej stronie. – Więc tak. Pani Vanessa potrzebowała przeszczepu szpiku. Operacja odbyła się tak szybko jak tylko było to możliwe. W czasie operacji nie wystąpiły, żadne komplikacje. Teraz pozostaje nam tylko czekać, czy przeszczep się przyjmie. Jeżeli nie pojawią się komplikacje po operacji, będzie mogła opuścić szpital jeszcze w tym tygodniu.
            -Pani doktorze. – zacząłem – my mamy małe dziecko. Rozumiem, że ona już nie może karmić?
            -Nie. Ta choroba nie cofnie się całkowicie. Cały czas komórki choroby będą w organizmie pana narzeczonej. Jest małe prawdopodobieństwo, że pana dziecko się zarazi, ale jak to mówią: strzeżonego Pan Bóg strzeże. Ma pan jeszcze jakieś pytania?
            -Tak. Jedno – odparłem.
            -Może pan do niej wejść. Tylko proszę nie siedzieć za długo. – powiedział lekarz uśmiechając się. Ja także się zaśmiałem.
            -Jeszcze jedno – powiedziałem wstając – w której sali leży Ed Sheeran?
            -Sala 35. Tylko na chwilę. – uprzedził moje pytanie. Podziękowałem jej i udałem się w stronę sali na której leżał Ed. Uchyliłem lekko drzwi i zajrzałem do środka.
            - Cześć. Mogę wejść? – zapytałem chłopaka.
            - No jasne. – wszedłem do środka i usiadłem na krześle obok łóżka Eda.
            - Dzięki za wszystko. Jestem ci naprawdę wdzięczny, że nam pomogłeś.
            - Nie ma sprawy. Potraktuj to jako przeprosiny za wszystko co wam zrobiłem.
            - Ok. Muszę już iść. Kiedy cię wypisują? – spytałem wstając z krzesła.
            - Prawdopodobnie jutro. Jasne, dzięki że przyszedłeś. – powiedział gdy wychodziłem z sali.
            Skierowałem się w stronę sali na której leżała Vanessa. Gdy wchodziłem do środka, zobaczyłem, że rozmawia z jedną z kobiet leżących razem z nią na sali.
            -Dzień dobry. – przywitałem się. – Cześć skarbie. – powiedziałem do Vanessy.
            - Cześć Justin – odparła – To jest Melanie – wskazała na kobietę obok. – Ma synka trzymiesięcznego i uczęszcza na zajęcia dla mam, pomyślałam, ze też bym mogła tam chodzić z Cam.
            - Dobry pomysł. Jak się czujesz? – zapytałem siadając na krześle.
            - Dużo lepiej. Justin... – zawahała się. – Kto był Dawcą?
            - Ed. –powiedziałem krótko. – Kocham cię skarbie, muszę iść. Mama jest sama z Cam. Rozmawiałem z lekarzem. Powiedział, że jeśli nie pojawią się żadne komplikacje wyjedziesz jeszcze w tym tygodniu. – pochyliłem się ku niej i pocałowałem w czoło. – pa.

            Wyszedłem z sali i skierowałem się do wyjścia ze szpitala a potem do mojego auta zaparkowanego na parkingu przed szpitalem. Wsiadłem na miejsce kierowcy i odjechałem do domu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz