wtorek, 11 listopada 2014

Rozdział XXXIII

PRZECZYTAJ NOTKĘ POD ROZDZIAŁEM!!!
_________________________________________________________

            Przed drzwiami stał Ed.
            - Skąd wiesz że tu jestem? – zapytałem zdziwiony.
            - Zgadywałem. – wzruszył ramionami. – Mogę wejść? – spytał pokazując wnętrze domu. Czy on siebie w ogóle słyszy?
            - Po pierwsze: nie bo to nie mój dom. Po drugie: nie mam o czym z tobą rozmawiać. – powiedziałem podnosząc lekko głos.
            - O co ci chodzi? Jesteś jakiś dziwny. – powiedział. Albo udawał albo serio był taki głupi.
            - O co mi chodzi? – zadrwiłem. – O to mi chodzi, że spałeś z Vanessą i zrobiłeś jej dziecko.
            - Vanessa jest w ciąży?
            - Tak jest w ciąży. I to z tobą idioto.
            - Justin wszystko w porządku? – odwróciłem się i zobaczyłem Luka stojącego za mną. – Może ja wezmę Cam, a wy sobie porozmawiacie? – zaproponował. Skinąłem głową i dałem mu Camille. Wziąłem kurtkę i wyszedłem na dwór zamykając za sobą drzwi.
            - Nie wiedziałem. Nie powiedziała mi – powiedział zdezorientowany Ed.
            - To teraz już wiesz. Proszę, teraz możesz już iść do niej droga wolna. – powiedziałem.
            - Ed? – usłyszałem dobrze mi znany damski głos.
            ‘No super jeszcze jej tu brakowało’ pomyślałem.
            - Czego tu chcesz? – zapytałem oschle jak do mnie podeszła.
            - Vanessa czemu mi nie powiedziałaś, że jesteś w ciąży? – zapytał Ed – Teraz możemy być rodziną. Ja, ty, Camille i nasze dziecko.
            - Po pierwsze: Zapomnij o Camille. Ona zostaje ze mną. Po drugie: Planowaliście to? To nie był tylko ‘skok w bok’ wy robiliście to częściej. – powiedziałem z niedowierzaniem. Przypomniałem sobie te wszystkie razy jak Vanessa nie wracała na noc do domu, tłumacząc się, że zostaje u Melanie. – Wiecie co? Idźcie stąd. Rzygać mi się chce jak na was patrzę. – powiedziałem z odrazą a oni tylko stali i parzyli na mnie jakbym był nie wiadomo kim. – Ogłuchliście? Spadać stąd! – krzyknąłem i wróciłem do drzwi. Powstrzymałem się, żeby nie trzasnąć drzwiami co tylko wystraszyło by dzieci i wkurzyło Luka. Wiedziałem co muszę teraz zrobić. To było jedyne wyjście.
            - Stary wszystko w porządku? – zapytał Luke gdy wróciłem do salonu.
            - Oni to wszystko planowali – powiedziałem z niedowierzaniem. – Ona zdradzała mnie regularnie. – z moich oczy polały się łzy. Wziąłem Camille na ręce. – Nikt i się nie zabierze. Jesteś moją małą dziewczynką. – wyszeptałem jej do uszka i spojrzałem w górę na Luka. – Wiem, że mieliśmy iść na spacer, ale ja muszę coś załatwić i to nie może czekać. – spojrzałem na niego przepraszająco.
            - Jasne. Zawsze możemy iść jutro. – zaśmiał się.
            Wstałem z kanapy i poszedłem do pokoju się przebrać. Założyłem jeansy i białą koszulę. Wziąłem ciepłe body, jeansy i bluzeczkę na długi rękaw i przebrałem Camille. Po powrocie do salonu wziąłem kurteczkę i buciki mojej córci i także jej założyłem. Po chwili byliśmy już gotowi do drogi.
            - Powiesz mi gdzie idziesz albo o której zamierzasz wrócić? – zapytał Luke gdy zakładałem kurtkę.
            - Wszystko ci opowiem jak wrócę. Postaram się być za dwie godziny najpóźniej. Pa. – rzuciłem i wyszedłem na zewnątrz. Otworzyłem samochód, zapiąłem małą w foteliku po czym ruszyłem na miejsce kierowcy. Jak tylko zamknąłem drzwi wyciągnąłem telefon. Znowu miałem kilka nieodebranych połączeń od Vanessy. Szybko usunąłem jej numer. Wszedłem na Internet i wyszukałem najlepszą kancelarię adwokacką w całym mieście. Jak tylko znalazłem wpisałem jej adres w mapy i już po chwili miałem na ekranie trasę dojazdu. Okazało się, że była na drugim końcu miasto, ale mnie to nie przeszkadzało. Jedyne co się dla mnie teraz liczyło było zdobycie wyłącznych praw do Camille, którą kochałem nad życie. Wiedziałem, że jeżeli Vanessa mi ją odbierze stracę cały sens życia. Odpaliłem silnik, wyjechałem spod domu Luka i kierowałem się mapą, żeby jak najszybciej dostać się do celu.

            ***2 godziny później, dom Luka***
            Podjechałem pod dom przyjaciela, w którym puki co mieszkam. Wysiadłem z samochodu, podszedłem do tylnych drzwi, otworzyłem je i wyciągnąłem małą. Zamknąłem auto i skierowałem się w kierunku drzwi wejściowych. Otworzyłem je i wszedłem do domu.
            - Nie trzaskaj. – usłyszałem, gdy stanąłem w progu.
Delikatnie zamknąłem drzwi, zdjąłem kurtkę oraz buty i poszedłem z w stronę salonu, gdzie siedział Luke. Gdy tylko zająłem miejsce na fotelu, Luke wyłączył telewizor.
            - Powiesz mi gdzie byłeś? – zapytał jakby od nie chcenia, gdy zacząłem rozbierać małą.
            - U prawnika – westchnąłem. Przyjaciel pokiwał ze zrozumieniem głową.
            - Jesteś pewny, że to jedyne wyjście? – zapytał po chwili milczenia.
            - Nie wiem. Ale jeśli zrobię to jako pierwszy mam większe szanse by zatrzymać Camille. Ja... – zająknąłem się – Ja nie potrafię sobie wyobrazić życia bez niej. – powiedziałem zerkając na moją małą córeczkę.
            - Co zrobisz jak już dostaniesz wyłączne prawa? Wrócisz do Kalifornii?
            - Nie wiem. Chciałbym, ale z drugiej strony, czy warto jest tracić tak fajnego przyjaciela z powodu dziewczyny? – zapytałem z uśmiechem patrząc na Luka. Chłopak zaśmiał się.
            - Dzięki stary. A co jeśli ja też wolałbym wyjechać stąd? – dodał po chwili.
            - Serio chciałbyś stąd wyjechać? – zapytałem zdziwiony.
            - Może? – wzruszył ramionami. – Może tam mi się poszczęści i znajdę sobie dziewczynę, która będzie mnie kochała mimo tego, że mam syna. No i oczywiście taką, która będzie kochała mika jak swojego. – zaśmiał się.
            - Na pewno znajdziesz – zaśmiałem się. Spojrzałem w dół na małą, która teraz spała na moich rękach. – Pójdę ją położyć i pogadamy. – powiedziałem wstając. Skierowałem się w stronę pokoju, położyłem Cam na łóżku i przykryłem kołdrą. Wyszedłem z pokoju i cichutko zamknąłem drzwi.
            Wróciłem do salonu, gdzie Luke znowu oglądał telewizję. Usiadłem obok niego i także zająłem się oglądaniem. Po kilku godzinach postanowiliśmy iść spać. Luke zgasił telewizor i oboje udaliśmy się w stronę pokoi.

            ***Następnego dnia, 12.00, dom Luka***
            Siedzieliśmy wszyscy w salonie – to znaczy: Luke, Mike, Camille i ja – i oglądaliśmy jakieś bajki dla dzieci. W pewnym momencie ktoś zapukał do drzwi.
            - Otworzę. – powiedział Luke wstając.
            Po chwili usłyszałem dźwięk otwierających się drzwi.
            - Gdzie jest Justin?! – Usłyszałem damski głos. Zakryłem twarz dłońmi, pokręciłem głową i wstałem przygotowując się na kolejną awanturę.
            - Luke, możesz iść do dzieci? – zapytałem przyjaciela, jasno dając mu do zrozumienia, że chcę z nią porozmawiać sam na sam. Chłopak skinął głową i wrócił do salonu. Wziąłem kurtkę i wyszedłem z domu zamykając za sobą drzwi. – Czego? – zapytałem oschle.
            - Odchodzisz ode mnie z dnia na dzień, zabierasz mi dziecko, nasyłasz na mnie prawnika i jeszcze się pytasz czego tu chcę?! – nawrzeszczała na mnie Vanessa.
            - Nie obwiniaj mnie – powiedziałem spokojnie. Sam się sobie dziwię, że w takich momentach potrafię zachować spokój. – za to, że od ciebie odszedłem. Gdybyś mnie nie zdradziła nadal bylibyśmy razem. A o dziecko będę walczył bo nie pozwolę, żeby moja córka mówiła ‘tato’ do jakiegoś obcego faceta.
            - Będę się mogła z nią widywać? – zapytała po chwili ledwo słyszalnym głosem.
            - Przepraszam, bo chyba się przesłyszałem? Już się poddałaś? Myślałem, że będziesz o nią walczyć. Widać ile mała dla ciebie znaczy – powiedziałem kręcąc z niedowierzaniem głową. – Oczywiście, że będziesz mogła się z nią widywać. Ale jak często będziesz przyjeżdżać do Kalifornii to zależy tylko od ciebie.
            - Chcesz ją zabrać do Los Angeles? Ty się w ogóle ze mną nie liczysz – powiedziała z wyrzutem.
            - A ty się ze mną liczyłaś jak zdradzałaś mnie z Edem? Jedyne co się dla mnie liczy, to dobro dziecka. Chcesz mi coś jeszcze powiedzieć? Bo jak na razie to marnujesz tylko mój czas. – powiedziałem chłodno.
            - Nie. Na razie. – powiedziała i odwróciła się. Po chwili dostałem Smsa.
            „Chcesz wojny? Będziesz ją miał” od Vanessy.

            „Z tego co pamiętam to kilka minut temu się poddałaś więc...” odpisałem po czym zablokowałem jej numer. Już więcej nie będzie do mnie dzwonić i pisać...

__________________________________________________
Przepraszam, za tak długą nieobecność, ale przez szkołę, tańce i szkołę muzyczną mam mało czasu i niestety pomysłów też nie za wiele. Ale postaram się wszystko nadrobić albo skończyć bloga. To zależy tylko od waszej aktywności (komentarze, wyświetlenia itp.)

środa, 10 września 2014

Rozdział XXXII

            ***5 miesięcy później***
            Wszystko przebiega w jak najlepszym porządku. Camille rośnie jak na drożdżach. Jedyne co w tym momencie może mnie niepokoić to dziwne zachowanie Vanessy.
            Właśnie bawiłem się Cam w salonie, gdy ze schodów zeszła Vanessa cała zalana łzami.
            - Możemy porozmawiać? – zapytała. Byłem lekko zdezorientowany gdy zobaczyłem w jej dłoniach biały patyczek. Postawiłem Camille na podłodze i poszedłem z Van do kuchni wciąż mając widok na córkę.
            - Czy to jest test ciążowy? – zapytałem wskazując białe coś co miała w rękach.
            - Tak. Jestem w ciąży.
Każdy inny facet skakałby teraz z radości. Ale nie ja. Nie w tym momencie.
            - Kto jest ojcem? – zapytałem bez ogródek.
            - Co? – Vanessa sprawiała wrażenie jakby nie wiedziała o czym mówię.
            - Pytam kto jest ojcem – powtórzyłem – Vanessa, nie kochaliśmy się od pięciu miesięcy, od kąd wyszłaś ze szpitala. Ustaliliśmy, że zrobimy to dopiero po ślubie, a ty teraz wyskakujesz mi, że jesteś w ciąży. Pytam z kim mnie zdradziłaś.
            - Z Edem – powiedziała cicho.
Poczułem, jak nogi się pode mną załamują. Moja narzeczona zdradziła mnie z moim kumplem.
            - Wtedy kiedy dzwoniłaś do mnie, że zostajesz na noc u Melanie, nie byłaś u niej. Byłaś u Eda. – Vanessa i Melanie bardzo się zaprzyjaźniły, dwa tygodnie temu, Vanessa zadzwoniła do mnie, że Mel urządza małe spotkanie z przyjaciółkami na które została zaproszona i że nie wróci na noc do domu.
            Vanessa lekko skinęła głową.
             - Ile razy mnie zdradziłaś? Nie powtórzę tego. – powiedziałem widząc minę Vanessy która mówiła „Że co?!”
            - To był jeden jedyny raz. Nie planowałam tego. Tak jakoś...
            Nie chciałem jej dalej słuchać. Wyminąłem ją i poszedłem na górę do sypialni. Bez zastanowienia zacząłem pakować najpotrzebniejsze rzeczy moje i Cam. Tak wyprowadzam się. Jeszcze nie wiem do kąd, ale na pewno biorę ze sobą Camille. Vanessa wpadła za mną do pokoju gdy brałem kurteczkę i buty dla mojej córeczki.
            - Co robisz? – spytała patrząc na walizkę.
            - Wyprowadzam się nie widać? I zabieram ze sobą małą. – powiedziałem wychodząc z pokoju by ubrać Cam.
Jak dla mnie to sporo czasu zajęło Vanessie tego co do niej powiedziałem bo gdy zeszła na dół na skończyłem już ubierać moją córeczkę i szykowałem się wyjścia.
            - Nie możesz mi zabrać Camille! – krzyknęła schodząc po schodach.
            - Po pierwsze – powiedziałem spokojnie – nie krzycz bo wystraszysz dziecko. Po drugie: Właśnie to robię. – włożyłem na siebie kurtkę i wziąłem Cam na ręce. – Aha – odwróciłem się gdy miałem otworzyć drzwi. – To koniec. Oddaj mi pierścionek. Nie chcę cię więcej w moim życiu. Myślałem, że jesteś tą jedyną, a tym czasem byłaś tylko jedną wielką pomyłką.
            - Aha! – krzyknęła zdejmując pierścionek i oddając mi go. – Czyli Camille też była błędem!? – krzyknęła gdy byłem już na zewnątrz naszego domu. Odwróciłem się do niej wściekły jak jeszcze nigdy nie byłem.
            - Nigdy PRZENIGDY – podkreśliłem – nie waż się nazywać Camille błędem. Jest najlepszym co mnie w życiu spotkało.
            Podszedłem do samochodu. Otworzyłem bagażnik i wrzuciłam do niego walizkę. Następnie otworzyłem tylne drzwi i wyciągnąłem fotelik Cam i zaniosłem go na miejsce pasażera, włożyłem Camille do fotelika i zapiąłem ją. Okrążyłem samochód, wsiadłem na miejsce kierowcy i ruszyłem spod niegdyś mojego domu. Zatrzymałem się kilka przecznic dalej. Wyciągnąłem telefon i przejrzałem listę kontaktów. Nie miałem zielonego pojęcia gdzie mógłbym iść. Wtedy mój wzrok przykuło imię Luke. Właśnie. Luke to mój przyjaciel. Poznaliśmy się kiedyś przypadkiem w sklepie z ubrankami dla dzieci gdy kupowałem Camille jakieś ubranka na jesień. Luke ma synka, który ma 7 miesięcy. Sam go wychowuje ponieważ jego matka zostawiła go 2 miesiące po narodzeniu się Mika. Wybrałem numer i przyłożyłem telefon do ucha. Nie musiałem długo czekać aż odbierze.
            - Hej Justin co tam? – powiedział do słuchawki.
            - Do kitu – przyznałem – potrzebuję pomocy. Jesteś jedyną osobą, która może mi pomóc.
            - Jasne przyjeżdżaj. Czekam. – powiedział lekko zaniepokojony.
            Odpaliłem silnik i już po 5 minutach byłem pod domem Luke’a. Miał nieduży jednopoziomowy dom. Wysiadłem z samochodu, obszedłem go i odpiąłem Camille. Gdy wyciągałem małą z auta, drzwi otworzyły się i zobaczyłem Luke’a z Mikiem na rękach. Zamknąłem drzwi samochodu i wszedłem do domu przyjaciela. Zdjąłem kurtkę, powiesiłem ja na wieszaku i skierowałem się za Lukiem w stronę salony. Zdjąłem Cam kurtkę i posadziłem na podłodze obok Mika.
            - A teraz powiedz co się stało. – zachęcił mnie przyjaciel.
            - Vanessa jest w ciąży. – powiedziałem. Na jego twarzy pojawił się uśmiech.
            - Stary no gratuluję...
            - Nie ze mną – przerwałem mu. – Zdradziła mnie z Edem.
            - Auć. Naprawdę mi przykro. Nie wiedziałem. – Powiedział Luke. Wyglądał na przygnębionego.
            - Nic się nie stało. Mógłbym zostać u ciebie kilka dni z Cam dopóki nie wymyślę co zrobić?
            - No pewnie. Możesz tu zostać jak długo chcesz. Przygotuję ci pokój. Zajmiesz się dziećmi? – zapytał wstając.
            - Z przyjemnością. – powiedziałem z uśmiechem na ustach.
Zsunąłem się z kanapy żeby być bliżej dzieci. Bawiłem się z nimi do chwili kiedy Luke nie wrócił.
            - Co kolego? – powiedział biorąc Mika na ręce. - Pora na drzemkę. Położę go i zaraz przyjdę. – skinąłem głową na znak, że nie mam z tym problemu.
Usiadłem z powrotem na kanapie i wziąłem Cam na ręce. Przytuliłem ją bardzo mocno, ale równocześnie ostrożnie wiedząc, że jest jeszcze mała. Jakby wiedziała co mam na myśli oplotła swoimi małymi rączkami moją szyję, czym wywołała delikatny uśmiech na mojej twarzy.
            - Kocham cię skarbie. Pamiętaj o tym zawsze. – wiedziałem, że nie miała pojęcia co do niej mówię, ale dla mnie było to ważne, żeby jej powiedzieć.
Kiedy przestałem ją przytulać zobaczyłem, że Luke przygląda się wszystkiemu z końca pokoju.
            - Słodko razem wyglądacie. Nie martw się wszystko będzie dobrze. – pocieszył mnie. Podszedł do kanapy i zajął miejsce obok mnie.
            - Dzięki za pomoc. Gdyby nie ty nie wiem gdzie bym się podział z Cam. – powiedziałem sadzając sobie małą na kolanach.
            - Nie ma problemu. Więc co planujesz?
            - Nie wiem – przyznałem. – Chciałbym wrócić do Los Angeles, ale z drugiej strony nie mogę pozwolić by Vanessa nie spotykała się z Cam. Nie ważne jak wiele złego zrobiła to wciąż jej matka.
            - Też tak myślałem gdy Maria zostawiła mi Mika. – zdziwiłem się, że zaczął ten temat. Zawsze omijał go szerokim łukiem. – Gdy zostawiała go u mnie, powiedziała, że mnie nie kocha, ale nie da rasy wychować naszego syna sama. Powiedziała, że chce mieć z nim kontakt na co oczywiście się zgodziłem. Nie chciałem się wyprowadzać z Chicago, bo kochałem to miasto. Maria przychodziła do Mika do czasu aż drugi raz zaszła w ciążę. Mógłbym nawet powiedzieć, że się go wyparła. Gdy pewnego dnia mijałem ją na ulicy gdy szła gdzieś ze swoim nowym kolesiem, zatrzymałem się i powiedziałem „Zobacz jak twój synek rośnie”. Ona nie odwiedzała go od dwóch tygodni. Zamiast powiedzieć czegoś na jego temat powiedziała „Co pleciesz? Ja nigdy wcześniej nie miałam dziecka”. Zabolało. Wtedy podjąłem zdecydowane kroki. Wniosłem wniosek do sądu o przyznanie mi wyłącznych praw do Mika. Wygrałem. Wyprowadziłem się do Miami i zacząłem wszystko od nowa. Ale żeby nie było: nie sugeruję, żebyś robił to samo.
            Spojrzałem w dół na Camille, która spała spokojnie na moim brzuchu.
            - Pójdę ją położyć. Sam chyba też się zdrzemnę. – powiedziałem wciąż przetwarzając w myślach to co powiedział mi Luke.
            - Spoko. Pierwsze drzwi na lewo. – odparł.
            - Ok – powiedziałem wstając. – Mógłbyś wziąć na chwilę Camille? – spytałem – ja bym skoczył do auta po torbę z rzeczami.
            - Jasne – powiedział biorąc ode mnie małą. Chwyciłem kluczyki do auta i wybiegłem z domu w koszulce na krótki rękaw. Tak wiem, jest zima, ale to jakoś nie robiło na mnie wrażenia. Wziąłem torbę z bagażnika i wparowałem do domu pod wpływem zimna, które powoli zaczynałem odczuwać.
            - Pobiegłeś na dwór tylko w tej koszulce? – Luke spojrzał na mnie jak na wariata.
            - Tak. Wiem, jestem idiotą – zaśmiałem się.
            Wziąłem torbę i poszedłem za Lukiem, który kierował się w stronę pokoju, który od teraz mogę nazywać moim, trzymając wciąż małą na rękach. Odłożyłem torbę na podłogę i wziąłem małą od Luka, który po chwili opuścił pokój. Położyłem się łóżku. Camille położyłem obok siebie i nakryłem nas kołdrą. Zamknąłem oczy i po chwili już spałem. Gdy się obudziłem spojrzałem najpierw na małą, która jeszcze spała, a potem na telefon. Zauważyłem, że miałem 5 nieodebranych połączeń od Vanessy. Wstałem z łózka tak, żeby nie obudzić małej. Wziąłem z walizki jej butelkę po czym zorientowałem się, że nie wziąłem z domu mleka. Wyszedłem z pomieszczenia, przymykając tylko drzwi.
            - Masz może mleko w proszku? – zapytałem Luka, który siedział na kanapie i oglądał telewizje.
            - Jasne, jest w kuchni. Poczekaj – powiedział zanim ruszyłem – Robiłeś je wcześniej?
            - Nie – przyznałem. Zwykle zajmowała się tym Vanessa albo moja mama. – Och będę kiepskim ojcem.
            - Nie będziesz. – pocieszył mnie Luke przewracając oczami. – Chodź pokażę ci. – powiedział wstając z kanapy i skierował się do kuchni. Poszedłem za nim.
Luke wyciągnął też butelkę dla Mika. Postawiłem butelkę Cam obok jego i patrzyłem jak to robi. Po chwili stały przede mną dwie pełne mleka butelki.
            - Już wiesz? – spytał podając mi moją.
            - Jasne. Dzięki. – uśmiechnąłem się i usłyszałem płacz Cam. – W samą porę. – zaśmiałem się i poszedłem po mojego pokoju. – Cichutko kochanie. – wziąłem małą na ręce i dałem jej butelkę, która już po kilku minutach była pusta. Przebrałem jej pieluszkę i poszedłem z nią do salonu, gdzie Luke karmił Mika.
            - Idziemy potem na jakiś spacer? – zapytał jak tylko mnie zobaczył. – Potem możemy iść na obiad. Nie wiem jak ty, ale ja jestem strasznie głodny. – zaśmiał się.
            - Z chęcią się oderwę choć na chwilę od tego wszystkiego.
            W tej chwili zadzwonił dzwonek do drzwi.
            - Otworzysz? – spytał Luke i spojrzał na mnie przepraszająco.

            - Nie, idź z otwórz drzwi i karm dziecko jednocześnie. – powiedziałem z sarkazmem i ruszyłem w stronę drzwi wejściowych z Cam na rękach. Otworzyłem je i uśmiech który przed chwilą miałem na ustach znikł jak za dotknięciem różdżki. Przed drzwiami stał...

środa, 3 września 2014

Rozdział XXXI

            Walnąłem pięścią w blat stołu. Nigdy nie czułem się tak bezsilny. W tej chwili nie mogłem nic zrobić.

            Następnego dnia obudził mnie dźwięk telefonu. Tej nocy też spałem u Cam. Co prawda nie wysypiałem się tam za dobrze, ale chciałem mieć ją blisko. Ledwo przytomny odebrałem telefon.
            -Halo – powiedziałem zaspanym głosem.
            -Wszystko się udało. Z tego co wiem operacja Vanessy przebiegła bez komplikacji. – usłyszałem w słuchawce głos Eda. Od razu się rozbudziłem.
            -Dzięki za informację. Sorry, że wczoraj tak na ciebie nawrzeszczałem. – Serio było mi teraz głupio.
            -Nic nie szkodzi. Miałeś prawo. Też bym się wkurzył na twoim miejscu.
            Chciałem coś powiedzieć, ale w tej chwili Camille dała o sobie znać.
            -Przepraszam Ed, ale Cam się obudziła więc sam rozumiesz.
            -Jasne. Mógłbym ją kiedyś zobaczyć? – zapytał niepewnie.
            -Na pewno, muszę kończyć, jeszcze raz dzięki za informację. – powiedziałem i rozłączyłem się. Spojrzałem na zegarek. Była 9.30. Wstałem z miejsca i podszedłem do łóżeczka Cam. Wziąłem ją na ręce i dałem jej mleko.
Gdy skończyła pić przewinąłem ją i ubrałem w piękną sukieneczkę, którą kupiłem kilka dni temu. Zszedłem z małą na dół do kuchni i położyłem ją w kołysce, którą złożyłem wczoraj wieczorem, żeby się czymś zająć. W kuchni oczywiście była moja mama.
            -Wstałeś wreszcie. Już myślałam, że nigdy nie wstaniesz. –powiedziała z uśmiechem, lecz po chwili ten zniknął z jej twarzy. – Przepraszam. Nie chciałam tego powiedzieć.
            -Nic się nie stało. –powiedziałem podchodząc do niej i całując w policzek (Jeśli ktoś nie zrozumiał: „Nigdy nie wstaniesz”, może odnosić się do śmierci, a wiecie w jakim stanie jest obecnie Vanessa) – Ed dzwonił. Powiedział, że operacja Vanessy prawdopodobnie przebiegła bez komplikacji.
            -To dobrze. Jedziesz dzisiaj do niej?
            -Bardzo bym chciał pojechać tam z Cam. Vanessa bardzo za nią tęskni.
            -Nie możesz jej wziąć do szpitala Justin – powiedziała łagodnie mama. – Jest jeszcze bardzo mała, jeszcze się czymś zarazi i będziesz miał obie swoje kobietki w szpitalu.
            -Wiem – powiedziałem wyjmując telefon. Zacząłem robić Camille zdjęcia. Mała jakby wiedziała co się dzieje, bo cały czas się śmiała i targała swoją sukienkę.
            -Ładna sukienka. Sam wybierałeś? – zapytała mama podchodząc do łóżeczka.
            -Tak sam. – robienie zdjęć przerwało połączenie. Sam. – Zaraz wrócę.
            Gdy tylko odebrałem telefon dobiegł mnie głos Sama:
            -Hej, coś się stało? Vanessa od kilku godzin nie odbiera telefonu.
            -No właściwie... – zacząłem. Bałem się powiedzieć mu prawdę. – Vanessa jest w szpitalu. Ma białaczkę.
            -Co? –powiedział z niedowierzaniem Sam. – Białaczkę? To nie możliwe.
            -Możliwe. Wczoraj miała przeszczep szpiku.
            -I ty do mnie nie zadzwoniłeś?! – Był na serio wkurzony.
            -Przepraszam.
            -Ok. uspokójmy się. Nerwy nam nie pomogą. Co z nią? –zapytał opanowany.
            -Nie wiem. Jestem w domu z Camille.
            -Właśnie. Jak ty sobie radzisz? Wszystko ok?
            -Tak w porządku. Mama bardzo mi pomaga.
            -Może przyjechać. Możemy pogadać tak po prostu jak facet z facetem.
            -Jeśli chcesz to zapraszam. A teraz przepraszam, ale muszę kończyć. Zaraz jadę do Vanessy.
            -Ok nie przeszkadzam, przyjadę za jakiś tydzień. Pasuje ci?
            -Jasne. Czekam na razie. – powiedziałem po czym rozłączyłem się.
            -Kto dzwonił? – spytała mama jak tylko wszedłem do kuchni.
            -Przyjaciel Vanessy z Nowego Yorku. Ja też się z nim zaprzyjaźniłem jak tam byliśmy. Zostaniesz teraz z Cam?
            -No jasne, leć już. – powiedziała, a ja wziąłem kluczyki i wybiegłem z mieszkania. Wsiadłem do samochodu i odjechałem.
            Po 20 minutach byłem już na miejscu. Podszedłem do rejestracji.
            -Przepraszam, gdzie leży pani Vanessa McCourt? – zapytałem pani siedzącej za biurkiem.
            -Pan jest kimś z rodziny?  - zapytała podejrzliwie.
            -Nie jeszcze – zaśmiałem się. – Jestem jej narzeczonym. Ona nie ma w mieści nikogo z rodziny.
            -Drugie piętro, sala numer 31.
            -Dziękuję. – powiedziałem i poszedłem w stronę windy.
            Nacisnąłem przycisk. Po kilku chwilach, drzwi otworzyły się otworzyły, a ja wszedłem do środka. Przycisnąłem przycisk z 2, drzwi się zamknęły i winda ruszyła w górę. Po niecałej minucie byłem już na górze. Rozejrzałem się w którym kierunku rosły liczby i skierowałem się w stronę 31. Na szczęście Vanessa leżała już na normalnej sali. Gdy doszedłem do drzwi, z sali wychodził lekarz.
            -Przepraszam panie doktorze. Co z Vanessą? –zapytałem stając przed lekarzem.
            -Pan jest kimś z rodziny? –wkurzają mnie już te pytania.
            -Nie, jestem jej narzeczonym, ale jestem najbliższą jej osobą.
            -Dobrze. Proszę za mną do gabinetu. – obrócił się w prawo i zaczął iść, a ja za nim. – Proszę usiąść. – wskazał na krzesło przed biurkiem, gdy już weszliśmy do gabinetu. Zrobiłem o co prosił, a sam zajął miejsce po drugiej stronie. – Więc tak. Pani Vanessa potrzebowała przeszczepu szpiku. Operacja odbyła się tak szybko jak tylko było to możliwe. W czasie operacji nie wystąpiły, żadne komplikacje. Teraz pozostaje nam tylko czekać, czy przeszczep się przyjmie. Jeżeli nie pojawią się komplikacje po operacji, będzie mogła opuścić szpital jeszcze w tym tygodniu.
            -Pani doktorze. – zacząłem – my mamy małe dziecko. Rozumiem, że ona już nie może karmić?
            -Nie. Ta choroba nie cofnie się całkowicie. Cały czas komórki choroby będą w organizmie pana narzeczonej. Jest małe prawdopodobieństwo, że pana dziecko się zarazi, ale jak to mówią: strzeżonego Pan Bóg strzeże. Ma pan jeszcze jakieś pytania?
            -Tak. Jedno – odparłem.
            -Może pan do niej wejść. Tylko proszę nie siedzieć za długo. – powiedział lekarz uśmiechając się. Ja także się zaśmiałem.
            -Jeszcze jedno – powiedziałem wstając – w której sali leży Ed Sheeran?
            -Sala 35. Tylko na chwilę. – uprzedził moje pytanie. Podziękowałem jej i udałem się w stronę sali na której leżał Ed. Uchyliłem lekko drzwi i zajrzałem do środka.
            - Cześć. Mogę wejść? – zapytałem chłopaka.
            - No jasne. – wszedłem do środka i usiadłem na krześle obok łóżka Eda.
            - Dzięki za wszystko. Jestem ci naprawdę wdzięczny, że nam pomogłeś.
            - Nie ma sprawy. Potraktuj to jako przeprosiny za wszystko co wam zrobiłem.
            - Ok. Muszę już iść. Kiedy cię wypisują? – spytałem wstając z krzesła.
            - Prawdopodobnie jutro. Jasne, dzięki że przyszedłeś. – powiedział gdy wychodziłem z sali.
            Skierowałem się w stronę sali na której leżała Vanessa. Gdy wchodziłem do środka, zobaczyłem, że rozmawia z jedną z kobiet leżących razem z nią na sali.
            -Dzień dobry. – przywitałem się. – Cześć skarbie. – powiedziałem do Vanessy.
            - Cześć Justin – odparła – To jest Melanie – wskazała na kobietę obok. – Ma synka trzymiesięcznego i uczęszcza na zajęcia dla mam, pomyślałam, ze też bym mogła tam chodzić z Cam.
            - Dobry pomysł. Jak się czujesz? – zapytałem siadając na krześle.
            - Dużo lepiej. Justin... – zawahała się. – Kto był Dawcą?
            - Ed. –powiedziałem krótko. – Kocham cię skarbie, muszę iść. Mama jest sama z Cam. Rozmawiałem z lekarzem. Powiedział, że jeśli nie pojawią się żadne komplikacje wyjedziesz jeszcze w tym tygodniu. – pochyliłem się ku niej i pocałowałem w czoło. – pa.

            Wyszedłem z sali i skierowałem się do wyjścia ze szpitala a potem do mojego auta zaparkowanego na parkingu przed szpitalem. Wsiadłem na miejsce kierowcy i odjechałem do domu.

poniedziałek, 25 sierpnia 2014

Rozdział XXX

            -Tak. Niestety, nie mam dla pana dobrych wieści. Z badań wynika, że Pana narzeczona ma białaczkę. –powiedział lekarz. Poczułem jak nogi się pode mną uginają.
            -Ale czy to znaczy, że będzie potrzebny przeszczep? –zapytałem przerażony.
            -Prawdopodobnie tak.
            -A czy ja... mogę być dawcą?
            -Tego nie wiem. Musi pan zrobić badania i dopiero wtedy będę mógł panu odpowiedzieć na to pytanie.
            -A kiedy mogę je zrobić?
            -Za chwilę. Proszę za mną. – powiedział, a ja wyciągnąłem telefon i napisałem Smsa do mamy.
„Vanessa ma białaczkę. Prawdopodobnie będzie potrzebny przeszczep szpiku. Idę na badania. Nie wiem kiedy wrócę. Nie czekaj na mnie z obiadem.”
            Po chwili dostałem odpowiedź. „O nic się nie martw, wszystkim się zajmę.”
            Wszedłem za lekarzem do gabinetu.
            -Proszę usiąść – powiedział wskazując krzesło. –Pielęgniarka zaraz pobierze panu krew i wymaz z buzi.
            Tak jak powiedział tak się stało.
            -Na Cito proszę. – powiedział, gdy pielęgniarka wychodziła z gabinetu.
            -Za ile będą wyniki? – zapytałem.
            -Nie wiem. Ale jak tylko będę miał je w ręce powiem panu i nich.
            -Czy mogę wejść do mojej narzeczonej?
            -Dobrze, ale tylko na chwilę. Wiem pan gdzie. Proszę założyć ochronny fartuch zanim pan wejdzie na salę.
            -Dobrze. Dziękuję panie doktorze. – powiedziałem wychodząc z pomieszczenia. Gdy dotarłem pod salę na której leżała Vanessa, założyłem fartuch i wszedłem do środka. Usiadłem obok łóżka Vanessy i wziąłem ją za rękę. Była nieprzytomna. Oddychała przez respirator. Ten widok był straszny. Wiem, że miałem siedzieć tam tylko chwilę, ale siedziałem tam chyba z godzinę. Nagle do sali wszedł lekarz.
            -Proszę pana. Mówiłem panu, że tylko na chwilę. – powiedział surowym tonem.
            -Przepraszam, to się więcej nie powtórzy – obiecałem.
            -Mam nadzieję. Są już wyniki badań. Niestety nie może być pan dawcą.
            Miałem wrażenie, że dostałem w twarz. Starałem się nie wybuchnąć. To nie świadczyło by o mnie za dobrze. Wziąłem głęboki oddech.
            -Ile jej zostało? – zapytałem ledwo słyszalnym głosem.
            -Trudno powiedzieć. Ale proszę tak nie myśleć. Znajdziemy dawcę. A teraz proszę pana o opuszczenie sali.
            Zrobiłem to o co prosił lekarz. Stwierdziłem, że nie ma sensu siedzieć w szpitalu, więc pojechałem do domu. W progu powitała mnie mama. Nie musiała nic mówić by wiedzieć o czym myślała.
            -Nie mogę być dawcą. – powiedziałem tak cicho, że zastanawiałem się czy w ogóle mnie usłyszała. Chciała coś powiedzieć, ale uniemożliwiło jej pukanie do drzwi. – Otworzę.
            Poszedłem do drzwi. Zupełnie nie spodziewałem się kogo tam zobaczę. Gdy otworzyłem drzwi, przede mną stał Ed.
            -Co chcesz? – zapytałem sucho.
            -Słyszałem o Vanessie. Chcę wam pomóc – odparł.
            -Jeszcze wczoraj chciałeś nas zniszczyć. Chyba powinieneś się cieszyć z tego w jakim stanie jest Vanessa. – powiedziałem zamykając drzwi.
            -Czekaj – postawił stopę w progu uniemożliwiając mi zamknięci drzwi. – Porozmawiajmy.
            Niechętnie otworzyłem szerzej drzwi i wpuściłem go do środka.
            -Mamo zostawisz nas? – zapytałem mamę. Ta bez słowa poszła z Cam na górę.
            -Słucham. – powiedziałem gdy usiedliśmy w salonie.
            -Wiem, że Vanessa ma białaczkę. Wiem, że nie możesz być dawcą.
            -Skąd to wiesz? – zapytałem zdezorientowany.
            -Tajemnica zawodowa. Wiem. Udawałem przyjaciela, a tak naprawdę chciałem was zniszczyć. Wiem też, jak bardzo kochasz Vanessę i że nie możesz bez niej żyć. Nasza wczorajsza rozmowa dała mi wiele do myślenia. Justin, pozwól sobie pomóc. Dużo rzeczy chcesz robić sam, ale są i takie o które musisz poprosić innych. Jeśli ktoś proponuje ci ta pomoc. Nie odtrącaj jej. Bo twoja decyzja, może ważyć na życie Vanessy. – powiedział łagodnym tonem. Przetarłem twarz dłońmi. Potrzebowałem chwili, żeby to do mnie dotarło.
            -Dobrze. Przyjmuje twoją pomoc. Ale zapomnij, że uda nam się odbudować naszą przyjaźń.
            -Wiem.
            -Kiedy możesz zrobić badania? – zapytałem.
            -Nawet zaraz. – odparł.
            -Mamo! – krzyknąłem wstając z kanapy. – Ja wychodzę, będę za kilka godzin.
            -Dobrze – odkrzyknęła mama.
            Wyszliśmy z Edem z domu i już mieliśmy wsiadać do mojego auta gdy nagle.
            -Może ja poprowadzę? – zapytał Ed. Poczułem się dziwnie, ale w końcu oddałem mu kluczyki i sam wsiadłem na miejsce pasażera. Nie jeździłem na tym miejscu od kilku lat. Co chwila przeczesywałem włosy ręką.
            -Jesteśmy na miejscu. – oznajmił Ed zatrzymując samochód. Wysiedliśmy z niego i skierowaliśmy się do recepcji. Tam zapytaliśmy się, gdzie Ed może zrobić badania. Skierowaliśmy się w wyznaczonym kierunku. Ed wszedł do gabinetu. Wyszedł po około 5 minutach. Postanowiliśmy poczekać na wyniki. Po około godzinie podszedł do nas lekarz.
            -Mam już wyniki pańskich badań – powiedział patrząc na Eda. – Może pan być dawcą.
            Z jednej strony cieszyłem się, że tak szybko znalazłem dawcę dla Vanessy, ale z drugiej nie byłem pewny czy mogę mu zaufać. Bałem się, że w ostatniej chwili się rozmyśli.
            -Kiedy mogę oddać szpik? – zapytał.
            -Nie wiemy jeszcze czy przeszczep będzie potrzebny na 100%, ale proszę zostawić telefon w rejestracji, a my się do pana odezwiemy w odpowiednim czasie.
            -Dobrze, dziękujemy. – powiedziałem odwróciłem się i zacząłem iść w stronę wyjścia.
            - Panie doktorze, Pani Vanessa się budzi. – powiedziała pielęgniarka. Wszyscy razem pobiegliśmy w stronę sali na której leżała moja narzeczona.
            -Pan nie może tu wejść – powiedział lekarz i zamknął mi drzwi przed nosem. Przez szybę zobaczyłem jak wyjmują jej rurkę z gardła, która pomagała Van oddychać. Spojrzała w moją stronę i uśmiechnęła się słabo. Po chwili z sali wyszedł lekarz. – Pana narzeczony pana prosi. Proszę założyć ochronny fartuch. Ma pan 10 minut i ani minuty więcej.
            -Dziękuję – założyłem fartuch i wszedłem na sale. Usiadłem na krześle obok łóżka Vanessy i wziąłem ją za rękę.
            -Co mi jest? – zapytała słabo.
            -Masz białaczkę. – powiedziałem cicho.
            -Co? – zaczęła płakać. Wstałem i przytuliłem ją. – Co teraz z nami będzie?
            -Będzie dobrze. Mama została z Cam w domu. Ja też coraz lepiej sobie radzę w opiece nad nią.
            -A co jeśli będzie potrzebny przeszczep? Oddasz mi swój szpik? – Bałem się tego pytania. Oddałbym jej wszystko. Nawet własne serce, żeby tylko ona mogła żyć.
            -Nie. Nie mogę być dawcą. Ale znalazłem kogoś kto może oddać ci szpik. – odwróciłem się, żeby zobaczyć czy Ed jeszcze stoi przed salą. Gdy upewniłem się, że tam jest przesunąłem się trochę, żeby Vanessa mogła go zobaczyć.
            -Nie. Nie zgadzam się. – powiedziała.
            -Vanessa, nie mamy wyjścia. Ja nie mogę być dawcą. Szukanie dawcy przez bank szpiku może trwać miesiące. Nie wiadomo czy dotrwasz do tego czasu. Ed jest zdolny oddać szpik nawet zaraz. Proszę cię skarbie zgódź się.
            -Dobrze. Skoro to jedyne wyjście. – westchnęła.
            -Przykro mi, ale musi pan już wyjść. – powiedziała pielęgniarka.
            -Nie, ja chcę żeby on został. – powiedziała Vanessa, a w jej oczach pojawiły się łzy.
            -Przykro mi, ale takie jest polecenie lekarza. – odparła pielęgniarka.
            -Nie martw się, wszystko będzie dobrze. Przyjadę jutro.
            -Mógłbyś zrobić kilka zdjęć małej i pokazać mi jutro? – zapytała ocierając łzy.
            -No pewnie. Do jutra. – posłałem jej ciepły uśmiech i wyszedłem z sali.
            -Nie była zadowolona, że mogę być dawcą? –spytał Ed gdy wyszedłem z sali.
            -Nie. Ale przemówiłem jej do rozsądku. To nasze jedyne wyjście. Szukanie dawcy z banku szpiku może trwać za długo. – powiedziałem odwieszając fartuch na wieszak stojący przed salą. – Ja jadę do domu. Właściwie to chyba musimy wracać razem bo pod moim domem zostawiłeś auto. – powiedziałem uśmiechając się lekko. – Ale ja prowadzę.
            -Zgoda. – powiedział uśmiechając się. Razem wyszliśmy ze szpitala. Wsiedliśmy do auta i odjechaliśmy spod budynku. W między czasie Ed zostawił numer telefonu w rejestracji. – Justin, przepraszam za to co zrobiłem. Myślałem, że szybciej wejdę na szczyt. Nie pomyślałem co będzie jak już zrobię to o co prosiła mnie Selena.
            -Dobra – przerwałem mu. – Nie wracajmy do tego. Stało się. Trudno. Mam nadzieję, że wyciągnąłeś z tego lekcję.
            -No jasne. Czyli to koniec naszej współpracy? – zapytał niepewnie.
            -Nie wiem. Muszę to dobrze pomyśleć. Ale jeśli podpiszemy to na czas nieokreślony. Jeśli coś się stanie to koniec.
            -Rozumiem. – powiedział gdy dojechaliśmy pod dom. Wysiedliśmy z auta. Ja skierowałem się do domu, a Ed do swojego samochodu. Wsiadł do niego i od razu odjechał.
            -Wróciłem! – krzyknąłem jak tylko wszedłem do domu.
            -Ciszej. – upomniała mnie mama, która siedziała w salonie czytając książkę. Gdy tylko mnie zobaczyła odłożyła ją na bok. – Co z Vanessą?
            -Lepiej. Obudziła się – powiedziałem siadając na pufie. – Jest przerażona tą chorobą. A wiesz co jest najgorsze? Że ja nie mogę nic zrobić by jej pomóc. – powiedziałem ukrywając twarz w dłoniach.
            -Możesz coś zrobić – powiedziała mama siadając obok nie i przytulając mnie.
            -Niby co? – zapytałem oschle.
            -Byś przy niej. Dla osób chorych, ważne jest wsparcie od osób, które kocha. I które kochają ją. Bo ją kochasz prawda?
            -Najbardziej na świecie. Jak widziałem ją w tym szpitalu, podpiętą do tych wszystkich urządzeń, do tego respiratora, chciałem tam leżeć zamiast niej. Teraz wszystko się skomplikuje. Teraz wiem, że nic nigdy nie będę mógł jej oddać.
            -Jest jedna rzecz, którą możesz jej oddać, a która i tak zostanie u ciebie. – spojrzałem na mamę, kompletnie nie rozumiejąc o co jej chodzi. – Miłość synku. Nie ważne jak dużo jej oddasz. Wciąż będziesz ją czół.
            -Ale miłość nie uratuje jej życia.
            -Skąd ta pewność? Miłość potrafi zdziałać więcej niż jakieś leki czy operacje. A ty, powinieneś to wiedzieć najlepiej. To nie leki wyciągnęły cię ze stanu w jakim byłeś po poronieniu Selenu. To dzięki miłości masz teraz córeczkę. I narzeczoną.
            Chciałem coś powiedzieć, ale w mojej kieszeni zaczął wibrować telefon. Wyciągnąłem go i spojrzałem na ekran „Ed”.
            -Przepraszam. –powiedziałem do mam. Wstałem z pufy i wyszedłem do kuchni. Nacisnąłem zielona słuchawkę.
            -Coś się dzieje z Vanessą. Dzwonili ze szpitala. Powiedzieli, że mam jak najszybciej przyjechać do szpitala oddać szpik, bo bez przeszczepu nie przeżyje tygodnia. – O mało co nie upadłem na ziemię. – Nie waż się tam jechać rozumiesz?
            -Zwariowałeś?! – Krzyknąłem do słuchawki. – Moja narzeczona umiera, a ty mi zabraniasz do niej jechać?
            -Nic tam nie zdziałasz. Będziesz tylko rozwalał pracę całego szpitala pytając każdego kto przejdzie o Vanessę. Idź do Cam. Siedź z nią. Odezwę się jak tylko będę coś wiedział. –powiedział po czym rozłączył się.

            Walnąłem pięścią w blat stołu. Nigdy nie czułem się tak bezsilny. W tej chwili nie mogłem nic zrobić.

__________________________________________________
Przepraszam, za tą przerwę pomiędzy rozdziałami ale sami rozumiecie: wakacje, prawie całe dnie za domem i brak czasu na prowadzenie. W roku szkolnym rozdziały powinny się pojawiać bardziej regularnie.
Czytasz= komentuj
2 komentarze = 31 rozdział

sobota, 26 lipca 2014

Rozdział XXIX

            Byli z nim Selena i Max.
Nogi się pode mną ugięły. Justin objął mnie ramieniem, co dodało mi trochę otuchy, ale i tak bałam się tego co miało zaraz nastąpić.
            -Co tu robicie? –zapytał ostro Justin chowając fotelik z Cam za siebie.
            -Przyszliśmy się przywitać z twoją córeczką. –powiedziała Selena wstając.
            -Daruj sobie. –powiedział po czym odwrócił się do mnie i wyszeptał mi do ucha: -Weź Cam i idź do Sekretarki siedź tam dopóki nie przyjdę. Proszę nie protestuj. –powiedział błagalnym głosem. Bał się. Wzięłam od niego fotelik z Camille i zeszłam na dół.
            -Przepraszam, -zapytałam panią w recepcji. –Pani jest sekretarką Justina?
            -Tak a o co chodzi? –zapytała nie spuszczając wzroku z komputera.
            -Jestem Vanessa, jego narzeczona. Justin prosił, żebym tu przyszła i poczekała na niego.
            -Miło mi cię poznać. –powiedziała wstając i podając mi rękę. Uścisnęłam ją –Jestem Julie. Och –powiedziała gdy zobaczyła, że dźwigam fotelik z Cam. –pomogę ci. –obeszła blat dookoła i wzięła ode mnie fotelik.
            -Dzięki. –powiedziałam.
            -Chodź siadaj. –pokazała miejsce na którym przed chwilą siedziała.
            -A ty gdzie będziesz siedzieć? –zapytałam zdezorientowana.
            -Nie martw się o mnie. –odparła Julie i usiadła tam gdzie zwykle siadają klienci. Nie miałam wyjścia. Usiadłam za biurkiem. –Jesteś narzeczoną Justina. należy ci się lepsze miejsce. Praca może poczekać. –zaśmiała się. –Mogę ją wziąć na ręce? –zapytała patrząc na Cam.
            -Jasne. –Uśmiechnęłam się. Dziewczyna ostrożnie wyciągnęła Cam z fotelika. Wyglądało to tak, jakby robiła to setki razy.
            –Justin cię tu przysłał, bo na górze są Selena i Max? –zapytała bez ogródek.
            -Tak. Ale nie pytaj mnie o nic więcej. Ja nie mam siły tego tłumaczyć.
            -Spokojnie. Chcesz coś do picia?
            -Nie dzięki –powiedziałam wyciągając telefon. Możemy zrobić tak, że będzie słychać to co oni mówią? –zapytałam.
            -Nie wiem.
            „Justin, zadzwonię do ciebie, wycisz telefon, żeby nie usłyszeli jak dzwonię i nie rozłączaj się, dobrze? Chcę wiedzieć o czym rozmawiacie. Odpisz że się zgadzasz albo, że się nie zgadzasz” To była treść Smsa jaki wysłałam do Justina. po kilku chwilach dostałam odpowiedź.
            „Dzwoń” to też zrobiłam. Po chwili usłyszałam słowa rozmowy:
            „Niby czemu mamy dać wam spokój?” usłyszałam męski głos. Max.
            „Bo nic wam nie zrobiliśmy. Zrozumcie, że działając w ten sposób tylko się pogrążacie” powiedział Justin. „Wiecie jak to wygląda z naszej strony? Dwie osoby, którym nie udało się w miłości z desperacją szukają sposobu by zniszczyć im, życie. Żeby tez cierpieli tak jak wy.”
            „Ta rozmowa nie ma sensu” Stwierdził Ed „Idziemy z tond”
            „Z tobą chcę jeszcze pogadać” –powiedział Justin.
            „Idźcie, dogonię was” usłyszałam słowa Eda po czym dało się usłyszeć dźwięk trzaskania drzwiami. „O czym chcesz gadać?”
            „O współpracy chcę ją rozwiązać.”
            „Chcieć można wiele, gorzej z możliwością”
            „Tylko sprawa wygląda tak” zaczął Justin „Podpisaliśmy umowę na rok. Na szczęście tylko na rok. Który kończy się za miesiąc. Nie przedłużę z tobą tej umowy. W Los Angeles też tego nie zrobią. Ja nie mogę zrozumieć dlaczego ty to wszystko zrobiłeś”
            „Selena powiedziała, że jeśli się z wami zaprzyjaźnię i im pomogę, szybciej wejdę na szczyt kariery. „
            „Masz rację. Szybko wszedłeś. Ale tak samo szybko z niej spadniesz, gdy twoi fani dowiedzą się, że jesteś jednym z prześladowców Mnie i Van. Może nie wiesz, ale my też jesteśmy znani, dzięki temu, że pracujemy dla takich osób jak ty. Jestem jednym z najbardziej pożądanych menagerów na w całych Stanach Zjednoczonych. Jak się dowiedzą, że pomagasz Selenie i Maxowi się nas pozbyć szybko możesz skończyć swoją karierę. Ale to twój wybór i wybrałeś go świadomie. A teraz wyjdź z tego gabinetu i nie pokazuj mi się więcej na oczy.” Usłyszałam kolejne trzaśnięcie drzwiami. „Vanessa chodź na górę. Weź Cam.” Powiedział i rozłączył się.
            -Mogę zostawić tu fotelik? –zapytałam biorąc Camille od Julie.
            -No jasne. Idź już do Justina.
Weszłam na górę i skierowałam się w stronę gabinetu Justina. Weszłam do środka. Justin od razu do mnie podbiegł i ostrożnie mnie przytulił uważając na małą. Staliśmy tak kilka minut.
            -Nie o to mi chodziło, gdy mówiłam...
            -Nic nie mów wracamy do domu –przerwał mi Justin. Wziął Cam na ręce i wyszliśmy z gabinetu. Po drodze wzięliśmy fotelik i wyszliśmy z budynku. Justin włożył Cam do fotelika i zainstalował go w aucie i odjechaliśmy. Przez całą drogę nie rozmawialiśmy. To w gabinecie to była tylko chwila strachu. Teraz wszystko wróciło do normalnego stanu, takiego w jakim wyjechaliśmy z domu. Wysiedliśmy z auta i weszliśmy do mieszkania.
            -Położę Cam do łóżeczka. –powiedział gdy tylko ściągnął buty. Poszedł na górę, a ja do kuchni. Wyciągnęłam szklankę i nalałam wody. Nagle ktoś zapukał do drzwi. Poszłam otworzyć. Gdy to zrobiłam zobaczyłam kobietę.
            -Dzień dobry. –przywitałam się wpuszczając kobietę do środka. Była to oczywiście mama Justina.
            -Dzień dobry Vanesso. Jest Justin? –zapytała przekraczając próg mieszkania.
            -Tak na górze. Usypia małą. Może pani do niego iść. Ostatnie drzwi po prawej.
            -Dziękuję. –powiedziała i poszła schodami na górę.
Wróciłam do kuchni i wypiłam wodę, którą wcześniej nalałam do szklanki. Po chwili usłyszałam jak ktoś schodzi na dół. Odwróciłam się i zobaczyłam Justina.
            -Mama została z małą na górze. Możemy spokojnie porozmawiać. –powiedział stając naprzeciwko mnie. Zrobiłam krok do przodu, żeby go przytulić, ale w tym samym momencie on zrobił krok do tyłu odsuwając się ode mnie.
            -Chcę, żebyś mi znowu zaufał. Jestem zazdrosna zgoda. Przyznaję się do tego. Ale tylko dlatego, że bez ciebie sobie nie poradzę. Jesteś powodem, dla którego budzę się rano. Jesteś powodem, dla którego zasypiam, nie bojąc się czy jutro moje dziecko nie będzie głodne. Jesteś powodem, dla którego niczego się nie boję. Mogłabym wymieniać dłużej, ale to nie ma sensu, bo ty wiesz ile dla mnie znaczysz. Inaczej nie byłoby mnie tu. Mnie, ani Cam.
            Zapadła krępująca chwila ciszy. Nikt jej nie przerwał. Ruszyłam do przodu by wyminąć Justina, a on szybkim ruchem ręki przyciągnął mnie do siebie i przytulił. W pewnym momencie poczułam jak coś leci po mojej nodze. Byłam zbyt przerażona by spojrzeć co to jest.
            -Justin. Czy... czy coś mi leci po nodze? –zapytałam przerażona ze łzami w oczach. Odsunął się ode mnie i spojrzał w dół. Zobaczyłam jak jego oczy robią się coraz szersze. Zasłonił usta dłonią.
            -MAMO!! CHODŹ SZYBKO NA DÓŁ! –krzyknął. –spokojnie Vanessa, nic ci nie będzie. –zaczął mnie uspokajać. W pewnym momencie poczułam jak nogi się pode mną uginają. Zrobiło mi się słabo. Nic więcej nie pamiętam...
            ***Oczami Justina***
            W ostatniej chwili złapałem Vanessę. Boże co się dzieje? Skąd ta krew? Tyle pytań krążyło w mojej głowie, ale mój umysł powtarzał cały czas „Vanessa krwawi”.
            -Co się... –powiedziała moja mama gdy zeszła na dół. –Dzwoń po pogotowie. NATYCHMIAST.
            Wyciągnąłem telefon i wybrałem numer pogotowia. Powiedziałem im co się stało. Dyspozytorka powiedziała, że za kilka minut przyjedzie karetka.
            -Mamo co się dzieje? –zapytałem ze łzami w oczach. Dopiero teraz zrozumiałem ile znaczy dla mnie Vanessa. Jak mogłem być dla niej taki niemiły dzisiaj?
            -Nie wiem, synku nie wiem. Spokojnie wszystko będzie dobrze. –mama próbowała mnie uspokoić.
Po kilku minutach usłyszeliśmy syreny pogotowia. Otarłem łzy i wstałem. Mama poszła otworzyć drzwi. Ratownicy wzięli Vanessę na nosze i wyjechali z mieszkania.
            -Jedź do niej. Zostanę z małą. –powiedziała moja mama. –Justin co między wami dzisiaj zaszło? –zapytała ostrożnie.
            -Pokłóciliśmy się. –opowiedziałem jej co się dzisiaj wydarzyło. Mama pokiwała głową, jakby to wszystko rozumiała.
            -Justin. W związkach zdarzają się kłótnie. To nie uniknione. Wybaczyliście sobie. To najważniejsze. –zrobiła przerwę. –Ufasz jej?
            -Ufam. –powiedziałem biorąc kluczyki od samochodu i wybiegłem z domu. Pędziłem jak szalony. Po około 10 minutach byłem już przy szpitalu. Jak na tydzień mam go serdecznie dość.
            Wyszedłem z auta. I wbiegłem do szpitala. od razu skierowałem się do rejestracji.
            -Przepraszam –starałem się opanować –Przywieziono tu moją dziewczynę. Ma na imię Vanessa.
            Pani sprawdziła coś w karcie.
            -Tak jest. Leży na OIOMie. Może pan wejść na oddział, ale nie wpuszczą pana na salę.
            -Dziękuję –powiedziałem i oddaliłem się. Skierowałem się w stronę oddziału na którym leżała Van. Przez szybę w drzwiach zobaczyłem ją podpiętą do tych wszystkich kabelków. Z sali akurat wyszedł doktor.
            -Panie doktorze co z Vanessą? –zapytałem zaniepokojony.
            -Pan jest... –zapytał.
            -Jestem jej narzeczonym.
            -Pani Vanessa krwawiła z dróg rodnych. Opanowaliśmy to już..
            -Więc dlaczego leży na OIOMie? –zapytałem zdenerwowany.
            -Proszę pana. Takie krwawienia, często występuj po porodzie, bo jak się dobrze orientuję pana narzeczona kilka dni temu urodziła tak?
            -Tak –potwierdziłem.
            -No właśnie. Niepokoją nas jednak zmiany w wynikach krwi. Na ten moment nie mogę panu nic więcej powiedzieć. Proszę jechać do domu. Ja nie mogę tam pana wpuścić, a wyniki, które przybliżą nam co się dzieje z pana narzeczoną będą dopiero jutro.
            Odszedł ode mnie. Postanowiłem pojechać do domu. Lekarz miał rację, siedząc tutaj i tak nic nie zdziała, a w domu czeka na mnie córeczka.
            Wyszedłem z budynku i wsiadłem do auta. Spojrzałem na zegarek. Była 18.12. jak ten czas dzisiaj zleciał. Po około 20 minutach byłem w domu. Gdy wszedłem w salonie zobaczyłem moja mamę z Cam na rękach.
            -I co z nią? –zapytała jak tylko mnie zobaczyła.
            Opowiedziałem jej to samo co powiedział mi lekarz.
            -Daj mi Cam. –powiedziałem biorąc małą od mamy. –Możesz spać dzisiaj w naszej sypialni.
            -A ty? –zapytała.
            -Ja będę spał u Cam. Chcę mieć ją dzisiaj blisko.
            -Oczywiście. –powiedziała kierując się w stronę schodów. Za to ją kochałem. Wiedziała, kiedy chcę być sam. O nic nie pytała.
            Poszedłem na górę. W pokoju mojej córeczki, zmieniłem jej pieluszkę. Położyłem do łóżeczka i wyszedłem z pokoju przypominając sobie o jednej, ważnej rzeczy. Zapukałem do drzwi naszej sypialni.
            -Proszę –usłyszałem głos mamy.
            Otworzyłem drzwi i wszedłem do środka.
            -Mamo... –zacząłem niepewnie. –Bo teraz nie ma Vanessy. Co będzie jak mała będzie głodna?
            -Nie martw się. Ja się tym zajmę. –powiedziała i wyminęła mnie w drzwiach. Usłyszałem tylko jak zamykają się drzwi wejściowe.
            Wróciłem do pokoju małej. Zaczęła płakać więc wziąłem ją na ręce i zacząłem kołysać. Dałem jej smoczka i zacząłem do niej mówić. Ona była taka bezbronna, taka nieświadoma tego co się wokół niej dzieje. Czasem jej zazdroszczę. Ma wszystko czego jej trzeba, o nic nie musi się martwić. Po kilku minutach do pokoju weszła moja mama w butelką mleka w ręku.
            -Chcesz sam ją nakarmić, czy ja mam to zrobić, a potem już sam będziesz? –zapytała.
            -Może ty zrób to pierwsza, ja zobaczę i potem już będę sam. –powiedziałem wysilając się na uśmiech. Wzięła ode mnie małą i zaczęła ją karmić. Mała wypiła do dna. Moja mama ukołysała ją do spania.
            -Nie martw się Justin. –podeszła do mnie i przytuliła mnie. –Wszystko będzie dobrze.
            -Pewnie masz rację –odparłem odwzajemniając uścisk.
            -Dobranoc. –powiedziała i wyszła z pokoju.
Zostałem sam z Cam. Usiadłem na kanapie i momentalnie zasnąłem. Obudził mnie w nocy płacz Camille. Gdy spojrzałem na stolik zobaczyłem butelkę i jakąś kartkę. Zapaliłem światło i podniosłem kartkę.
„Może ci się przydać w nocy. Mama xx” przeczytałem. Wziąłem Cam na ręce i dałem jej butelkę. Mała wypiła wszystko, trochę płakała, ale pochodziłem z nią chwilę po pokoju, kołysząc ją delikatnie i zasnęła.
            -Wiedziałam, że sobie poradzisz –usłyszałem głos mamy w niani elektronicznej. –Vanessa byłaby z ciebie dumna. Bez odbioru.
            Uśmiechnąłem się do siebie. Pocałowałem Camille w czółko i położyłem do łóżeczka. Usiadłem na kanapie. Tym razem nie mogłem jednak zasnąć tak szybko jak ostatnio. Cały czas myślałem o Vanessie. Jej się nie może nic stać. Te wyniki musiały być złe. Jutro wszystko się wyjaśni. Przekonany że wszystko będzie dobrze, w końcu zasnąłem.
Gdy obudziłem się rano, pierwszą rzeczą jaką zrobiłem było zajrzenie do łóżeczka Cam. Nie było jej tam. Wypadłem jak poparzony z pokoju. Zbiegłem na dół i zobaczyłem mamę w salonie z Cam na rękach. Cały zdyszany podszedłem i usiadłem obok mamy.
            -Spokojnie. Nic się nie dzieje. Idź się przebrać i leć do szpitala, ja się wszystkim zajmę. –powiedziała do mnie z uśmiechem. Odpowiedziałem tym samym i poszedłem się przebrać. Wybiegłem z domu i pojechałem do szpitala. gdy tam dotarłem była 10.00. skierowałem się w stronę oddziału na którym leżała Vanessa. Podchodząc do sali zauważyłem lekarza. Tego samego z którym wczoraj rozmawiałem. Podszedłem do niego.
            -Przepraszam .czy wiadomo już co z Vanessą? –zapytałem.

            -Tak. Niestety, nie mam dla pana dobrych wieści. Z badań wynika, że Pana narzeczona ma...