sobota, 24 maja 2014

Rozdział XXI

            -Hej czy to nie Ryan? –zapytał Justin patrząc przez okno. Odchylił się trochę, żebym mogła spojrzeć. Po chwili zobaczyłam jak kilku chłopaków bawi się moim bratem jak piłką. Odbijają do pomiędzy sobą, a on biedny nie może nic zrobić.
            -O kurde. –powiedziałam pod nosem i wybiegłam z auta. Kuśtykając podbiegłam do Ryana kuśtykając. Justin był tuż za mną, ale po chwili mnie wyprzedził.
            -A wy się nie zapominacie? Odbija to się raczej piłką, a nie kolegami. –to mówiąc odepchnął ich od Ryana. On od razu do mnie podbiegł. Przytuliłam go mocno. –A wy ze mną do dyrektorki. –powiedział biorąc jednego i drugiego. Po chwili zniknęli w szkole.
            -Ryan wszystko w porządku? –zapytałam przerażona.
            -Nic nie jest w porządku! –krzyknął –Nikt mnie tu nie traktuje poważne! Każdy tak ze mną robi! Nie mam kolegów, nikogo z kim mogę pogadać na przerwie. Nie mam takiego kogoś jak ty miałaś gdy byłaś w moim wieku!
            -Ryan, dlaczego nie powiedziałeś o tym Samowi? Mamie? Komukolwiek? Przecież byśmy ci pomogli. Jesteś mamy oczkiem w głowie.
            -Możemy stąd iść? –zapytał lekko słyszalnym głosem.
            -Chodźmy do auta, poczekamy na Justina i pojedziemy za miasto. –powiedziałam łapiąc go za rękę i prowadząc do samochodu.
            Po kilku minutach przyszedł Justin.
            -Ryan, wiem, że to będzie dla ciebie trudne, ale musisz iść ze mną i wszystko opowiedzieć. Dasz radę?
            -Jasne. –zostawił plecak na tylnym siedzeniu i wyszedł z Justinem.

            ***Oczami Justina***
            Dlaczego oni mu to robią? To że nie może ćwiczyć na w-f nie sprawia, że człowiek jest bezwartościowy. Wręcz przeciwnie. Ryan bardzo ładnie rysuje. W jego pokoju jest pełno rysunków. Nie tylko jakieś łączki i drzewka, ale także twarze, postacie. Jakby patrzył na zdjęcie i je malował.
            -Ładne malujesz. –powiedziałem idąc z nim za rękę, żeby dodać mu otuchy.
            -Hę? –zapytał. Chyba nie wiedział o czym mówię.
            -Mówię o rysunkach w twoim pokoju. Nigdy bym nie powiedział, że namalował je 9-cio latek. –uśmiechnąłem się.
            -Dzięki. –powiedział wysilając się na uśmiech.
            -Nie martw się wszystko będzie dobrze. Chodź. –otworzyłem drzwi i weszliśmy do gabinetu pani dyrektor szkoły.
            -No i co? Lepiej ci jak tu siedzimy? –ci chłopcy od razu na niego naskoczyli.
            -Odpuśćcie –powiedziała dyrektorka. –Ryan, opowiedz mi jak to było. –powiedziała odwracając się od tamtych.
            -Wychodziłem ze szkoły –zaczął –gdy nagle podbiegli do mnie Siva i Nathan (tamci chłopcy) i zaczęli mną odbijać pomiędzy sobą. Potem przybiegli Vanessa i Justin i mi pomogli. To tyle.
            -Vanessa i Justin to twoi…? –zapytała niepewnie dyrektorka.
            -Vanessa to moja siostra, a Justin to jej chłopak.
            -Czy to zdarzało się już wcześniej?
            -Tak proszę pani. –powiedział Ryan.
            -Czemu nie powiedziałeś? Pomoglibyśmy.
            -Zgłaszałem. –powiedział pewny siebie –Byłem z tym u mojej wychowawczyni. Powiedziała, że nie widziała tego i nie może im nic zrobić.
            -No dobrze to na tyle. Jesteście wolni. A z waszymi rodzicami się jeszcze skontaktuję. –powiedziała to chłopaków.
            -Chodź Ryan idziemy. –wyszliśmy z gabinetu. Za nami wyszli Siva i Nathan.
            -I co? Myślisz, że to wszystko się skończy? Jak tak to jesteś strasznie głupi. –powiedział jeden z nich. Wyminęli nas i wyszli ze szkoły.
            -Nie martw się. Oni cię więcej nie skrzywdzą. –powiedziałem gdy dochodziliśmy do samochodu. –Wskakuj. –powiedziałem otwierając drzwi. –poczekasz chwilę. Ja musze pogadać z Vanessą. –pokiwał głową, a ja obszedłem auto dookoła i otworzyłem drzwi, żeby mogła wysiąść.
            -Co się dzieje? –zapytała przerażona gdy tylko wyszła z auta.
            -Nie jest za dobrze. Wydaje mi się, że mimo wszystko to się nie skończy. Jak wychodziliśmy minęli nas co dwaj co go zaczepiali. Powiedzieli cos w stylu „Jeśli myślisz, że teraz to wszystko się skończy, to jesteś strasznie głupi” –powiedziałem, a uwierzcie mi, nie było to łatwe. Van złapała się za głowę.
            -I co ja mam zrobić? –zapytała bezradna.
            -Wydaje mi się, że najlepszym wyjściem będzie zapisanie go do innej szkoły.
            -Długo mam jeszcze na was czekać? –zapytał Ryan otwierając okno.
            -Już idziemy. –powiedziałem otwierając drzwi, żeby Vanessa mogła wsiąść. Sam usiadłem za kierownicą i odjechaliśmy.
            -Ryan. –zacząłem –Zgodnie z Vanessą uznaliśmy, że powinieneś powiedzieć mamie o wszystkim.
            -Nie! –zaprotestował –Ona nie może się dowiedzieć.
            -Ryan chcesz by nadal cię tak traktowali?! –Vanessie powoli puszczają nerwy. Doskonale ją rozumiem.
            -Nie, ale na pewno jest jakieś wyjście. –powiedział spuszczając głowę.
            -Wyjście jest. –powiedziałem. –Przepisanie cię do innej szkoły. Ale to może zrobić tylko twój prawny opiekun. MAMA. Więc albo opowiesz o wszystkim mamie i to wszystko się skończy, albo…
            -Dobrze –nie dał mi dokończyć. –powiem o wszystkim mamie. Ale pod warunkiem, że będziecie przy tym.
            -Zgoda –powiedzieliśmy równocześnie z Vanessą.
            Pojechaliśmy nad jeziorko.

            Jednak to popołudnie minęło nam znacznie inaczej, niż przypuszczałem...


_____________________________________________
Wiem, że długo nic nie dodawałam, ale na początku nie miałam weny, a teraz byłam chora i dopiero dzisiaj weszłam na kompa :( Ale teraz postaram się częściej dodawać rozdziały, oczywiście w miarę możliwości ;) 
Komentujcie 2 komentarze = XXII rozdział

niedziela, 11 maja 2014

Rozdział XX

            -Nie wiem. Ale myślę, że powinnaś z kimś porozmawiać. –Wskazał na coś a raczej na kogoś palcem. Odwróciłam się i zobaczyłam mamę.
            -Vanessa, możemy porozmawiać? –zapytała niepewnie.
            -Jasne. –powiedziałam i poszłyśmy do pokoju.
            -Przepraszam, że tak zareagowałam. Lubiłam Maxa, myślałam, że jest inny.
            -Ja też mamo. Za każdym razem obiecał, że więcej tego nie zrobi, ale zawsze był ten następny raz. I to o byle co. O to, że włosy mam nie tak, że bluzkę mam za bardzo prześwitującą. W końcu nie wytrzymałam i od niego uciekłam. Resztę już wiesz.
            -Ale czemu Justin nie chce wrócić do Seleny? Nie rozumiem tego.
            -To jest delikatny temat i nie wiem czy powinnam ci o tym mówić. Możesz zapytać Justina, ale nie sądzę, że coś ci powie. Trudno było mu to powiedzieć nawet mnie, więc… Ale możesz spróbować.
            -Kochanie. Justin mi wczoraj powiedział… -Wzięła głęboki oddech. –że obwiniasz się o wypadek Ryana. To prawda.
            -Nie wiem po co Justin ci to powiedział. –powiedział spuszczając głowę.
            -Czyli to prawda? –nie dawała za wygraną.
            -Tak mamo to prawda. Bo to była moja wina. –wypaliłam.
            -Nikt ciebie nie wini. To nie była twoja wina. –powiedziała mama.
            -To o tym Justin mówił? –odwróciłam się i zobaczyłam w drzwiach Ryana.
            -Justin ci coś mówił? –zapytałam zaskoczona.
            -Powiedział, że się obwiniasz, ale to chyba mu się wymsknęło bo zaraz zmienił temat. –byłam wściekła na Justina. Dlaczego wszystkim o tym gada?
            -Tak o tym. –powiedziałam ściszonym głosem.
            -To nie była twoja wina, tylko moja. To ja nie uważałem i spadłem. Nie obwiniaj się o to. –powiedział przytulając się.
            -Kocham cię. –powiedziałam. –Idź spać, bp jutro nie będziesz mieć siły na wycieczkę.
            -Czy ja o czymś nie wiem? –zapytała mama.
            -Jedziemy jutro z Justinem i Ryanem za miasto. Żeby spędzić trochę czasu razem.
            -Dobry pomysł. Ty lepiej tez idź spać. Na pewno jesteś zmęczona po dzisiejszym dniu.
            -Masz rację. Dobranoc. –wyszłam z pokoju.
            -Wszystko w porządku? –zapytał Justin.
            -Tak jasne. Możemy pogadać? –poprowadziłam Ryana do pokoju.
            -No pewnie. –poszliśmy z Justinem do pokoju, który przygotowanego dla nas przez mamę. –O co chodzi?
            -Dlaczego mówisz wszystkim, że obwiniam się o wypadek Ryana? –zapytałam wściekła.
            -Nie denerwuj się. –powiedział spokojnie.
            -Już to, że powiedziałeś mamie jakoś przeboleję, ale po co mówiłeś to mojemu bratu? On nie musiał o tym wiedzieć.
            -To był przypadek. Tak samo jakoś wyszło. Byliśmy przy temacie wypadku i przez przypadek to powiedziałem.
            -Czemu rozmawiałeś z Ryanem o wypadku? –to stawało się coraz dziwniejsze.
            -Nie ważne. –powiedział lekceważąco.
            -To ma jakiś związek z tym, że jutro odprowadzasz go do szkoły? –zapytałam dodając do siebie poszczególne elementy.
            -Ja nie mogę ci nic powiedzieć. Jeśli chcesz wiedzieć zapytaj swojego brata.
            -Czyli jednak cos jest na rzeczy? –nie dawałam za wygraną.
            -Vanessa odpuść. Jak chcesz coś wiedzieć to idź do niego i popytaj. Ja nic ci nie mogę powiedzieć przykro mi. –wziął jakąś koszulkę i poszedł do łazienki.
            -Nie chcesz to nie mów. Nie myślałam, że tak się zmienisz. –powiedziałam bezradna.
            -Co masz na myśli? –wychylił się z łazienki.
            -Kiedyś mówiliśmy sobie o wszystkim. Nie czujesz, że oddalamy się od siebie? –zapytałam a po moim policzku słynęła łza.
            -Vanessa przepraszam nie wiedziałem… -podszedł do mnie i chciał mnie przytulić, ale go odepchnęłam.
            -Co przepraszam?! Myślisz, że jednym głupim ‘przepraszam’ naprawisz wszystko? Przerabialiśmy to wczoraj.
            -Van, chciałbym ci powiedzieć… ale nie mogę. Zrozum, obiecałem Ryanowi, że nikomu nie powiem. Jeszcze kilka minut temu cieszyłaś się, że tak szybko mi zaufał. Chcesz, żebym stracił jego zaufanie tylko dlatego, że ty chcesz wiedzieć?
            -Masz rację. –powiedziałam –Nie wiem co się ze mną dzieje. Przepraszam. –rozpłakałam się.
            -Spokojnie. Dla mnie też to wszystko jest trudne, ale razem damy radę. Jutro z nim porozmawiasz.
            -Nie. Skoro nie chciał, żebym wiedziała to powinnam to uszanować. Ale jakby coś było nie tak to mi o tym powiesz? –zapytałam.
            -Oczywiście. Idź do łazienki, umyj się, przebierz, i idź spać.
            -Jasne. –wzięłam co było mi potrzebne. Wzięłam szybki prysznic, przeprałam się i pokuśtykałam z łazienki w stronę łóżka.
            -Idź spać, zaraz przyjdę.
            Położyłam się i momentalnie zasnęłam.
            Rano obudził mnie Justin wstając z łóżka.
            -Gdzie idziesz? –zapytałam nadal mając zamknięte oczy.
            -Z Ryanem do szkoły. Przepraszam ,że cię obudziłem, śpij dalej. –pocałował mnie w czoło i poszedł do łazienki.
            Spałam jeszcze ze dwie godziny. Po przebudzeniu postanowiłam zejść na dół. Przebrałam się i pokuśtykałam do kuchni.
            -Cześć skarbie –powiedział Justin. Gdy byłam już blisko, zrobiło mi się słabo i prawie się przewróciłam. Na szczęście Sam mnie złapał i posadził mnie na krześle.
            -Van? Wszystko w porządku? –zapytał zatroskany Sam.
            -Tak jasne. Po prostu trochę mi się słabo zrobiło.
            Justin nachylił się do mnie i powiedział szeptem:
            -Bierzesz te leki na anemię?
            -Biorę. Tylko wczoraj wieczorem zapomniałam. –powiedziałam z poczuciem winy.
            -To lepiej, żebyś nie zapominała, bo widzisz co się dzieje. –powiedział łagodnym głosem.
            -Możesz mi podać szklankę wody? –zapytałam.
            -Już. –wstał, nalał wody do szklanki i podał mi. Upiłam łyk. –Dasz radę dzisiaj jechać?
            -Tak już mi lepiej. Co na śniadanie? –zapytałam zmieniając temat.
            -Naleśniki. –powiedział Sam. –Mama robiła. –podał mi talerz z jedzeniem. Gdy skończyłam Justin wziął mnie na ręce.
            -Musimy pogadać. –powiedział i poszliśmy na górę. –Rozmawiałem z Ryanem. Powiedział, że mogę ci powiedzieć, ale masz nikomu nie mówić. To jedyny warunek.
            -Ok. Mów o co chodzi. –tak trochę się bałam tego co usłyszę, ale chciałam wiedzieć co dzieje się z moim bratem.
            -Ryan jest… nie wiem jak to nazwać. Dokuczają mu. Powiedział, że to przez ten wypadek. Nie może się za bardzo przemęczać, przez co nie ćwiczy na w-f, nie wychodzi z kolegami. Jest uważany za jakiegoś mięczaka, jeśli można to tak nazwać. Poprosił mnie wczoraj, żebym z nim poszedł dzisiaj do szkoły i postraszył jego kolegów.
            -A ty się zgodziłeś –powiedziałam z niedowierzaniem.
            -Może źle zrobiłem, ale to było jedyne wyjście. Był już u nauczycielki, ale mu nie uwierzyła. Nie chciał denerwować mamy ani Sama. Przynajmniej podziałało. Powiedzieli, że nie będą mu dokuczać… przynajmniej na razie.
            -Ale nie rozumiem? Dlaczego akurat ty?
            -Stwierdził, że mam duże mięśnie i trochę ich przestraszę. –powiedział śmiejąc się. –i się udało.
            -Mam nadzieję, że podziała na dłużej niż na jeden dzień. Która godzina?
            -11.20 –powiedział Justin gdy spojrzał na zegarek. –wiesz o której Ryan kończy lekcje?
            -Nie, ale zaraz się dowiem. Sam!! –krzyknęłam. Po chwili chłopak stał w drzwiach. –O której Ryan kończy dzisiaj lekcje?
            -11.45. więc jeśli chcecie po niego jechać to radzę się zbierać. –powiedział i wyszedł.
            -Daleko jest ta szkoła? –zapytałam Justina.
            -Nie jakieś 5 minut autem. Idę przygotować koszyk piknikowy. Zaraz wracam. –powiedział wychodząc z pokoju.
            Zostałam sama. Siedziałam tak z kilka minut. Potem przyszedł Justin. Wziął mnie na ręce i zaniósł do auta. Jechaliśmy w milczeniu. Gdy podjechaliśmy pod szkołę, dzieciaki właśnie wychodziły z budynku.

            -Hej czy to nie Ryan? –zapytał Justin patrząc przez okno. Odchylił się trochę, żebym mogła spojrzeć. Po chwili zobaczyłam…

środa, 7 maja 2014

Rozdział XIX

            -Obyś miał rację. –powiedziała Van ocierając pojedynczą łzę, która spływała po policzku.
            -Vanessa czemu płaczesz? –zapytał Ryan.
            -Widzisz…
            -Hej Ryan. –powiedziałem –Może pokażesz mi swój pokój? –powiedziałem.
            -Jasne. –powiedział uśmiechając się.
            -To chodź –wstałem z kanapy i poszedłem za młodym. –Ale fajny –powiedziałem gdy weszliśmy do środka.
            -Co się dzieje? –zapytał –Może i mam dopiero 9 lat, ale naprawdę dużo rozumiem.
            -Vanessa ma drobne problemy ze swoim byłym chłopakiem, ale wszystko jest pod kontrolą.
            -To czemu mama płakała? –nalegał.
            -Ryan zrozum, to są sprawy dorosłych. Im mniej wiesz, tym lepiej dla ciebie. Zrozum, robimy to, żeby cię chronić. Wiedza w tym przypadku tylko ci zaszkodzi. To jak, koniec tego tematu ok?
            -No dobra. A… ty jej nic nie zrobisz prawda? Nie skrzywdzisz jej w żaden sposób?
            -Nigdy. Kocham twoją siostrę. Jest dla mnie najważniejsza. Nigdy nawet nie podniosę na nią ręki. –powiedziałem uśmiechając się.
            -Obiecujesz? –zapytał. –Bo wiesz, wtedy będziesz miał do czynienia ze mną. A ja trenuję karate.
            -Masz moje słowo.
            -Dzięki. Lubisz grać w piłkę? –jak to dobrze, że przestał drążyć temat.
            -Nożną? –kiwną głową –No jasne, a czemu pytasz?
            -Zagramy? Tu niedaleko jest boisko.
            -Zawsze. –Ryan wziął piłkę i wyszliśmy z pokoju.
            -A wy do kąd? –zatrzymał nas Sam.
            -Na boisko, zagrać w piłkę. –powiedział Ryan.
            -Ok. Uważaj na niego Justin. I wróćcie zanim się zrobi ciemno.
            -Spoko. –wyszliśmy z domu. –Co jest? –zapytałem gdy zobaczyłem smutną minę młodego.
            -Nie powiesz o niczym Vanessie, Samowi i mamie? –zapytał.
            -Nie. O co chodzi?
            -Bo mam taki problem w szkole… -zaczął.
            -Dokuczają ci? –zapytałem
            -No trochę… -powiedział niepewnie.
            -Czyli co robią?
            -Zabierają mi plecak i gdzieś chowają, zabierają mi kanapki, śmieją się ze mnie.
            -Czemu?
            -Kilka lat temu miałem wypadek…
            -Wiem. Vanessa mi o tym ostatnio opowiadała. Obwinia się o to. –może nie powinienem tego mówić?
            -Czemu? To nie była jej wina.
            -Nieważne. No i co w związku z tym wypadkiem.
            -Nie mogę się przemęczać…
            -Chwila, bo czegoś tu nie rozumiem. Nie możesz się przemęczać, ale właśnie wyciągnąłeś mnie, żeby zagrać w nożną?
            -No tak. Bo to jest tak trochę zagmatwane. Nie mogę za dużo biegać. 10-15 minut góra 20, bo inaczej może się źle skończyć. Po tym wypadku mam problemy z oddychaniem. Dlatego wychodzę tylko z Samem. Lekarz powiedział, ze to trochę nietypowe powikłanie, ale co zrobisz? No i przez to nie mogę ćwiczyć na w-f, wychodzić ze znajomymi na boisko, bo jak będę chciał skończyć to będą się śmiać, że wymiękam.
            -Czemu nie powiesz o tym pani? Pomogłaby…
            -Nie pomogłaby. Byłem już u niej. Twierdzi, że przesadzam i że nie mam dowodów.
            -Kamery w szkole?
            -Nie wiem, w każdym razie nauczyciele nie chcą mi pomóc.
            -I co ja mam zrobić?
            -Ty jesteś taki… no… umięśniony… -powiedział niepewnie.
            -Mam iść z tobą i postraszyć twoich znajomych? –zapytałem, lekko rozbawiony.
            -Mógłbyś? –zapytał drapiąc się po głowie. –To nie jest śmieszne.      
            -No trochę jest. Ćwiczysz karate…
            -Nie mogę im nic zrobić. Już raz dostałem… wizytę u pedagoga.
            -Pójdę z tobą –powiedziałem. Obejmując go ramieniem.
            -Serio? –zrobił wielkie oczy. Chyba nie sądził, że się zgodzę.
            -Jasne. To będzie nasza tajemnica. Stoi? –ułożyłem pięść w tak zwanego żółwika. Odpowiedział tym samym i przybił mi.
            -Stoi. To jak gramy? –zapytałem wstając.
            -Pewnie.
            -weszliśmy na boisko. Gra z Ryanem była świetną zabawą. Ryan wygrał 3-0. Graliśmy z 15 minut. Nie tylko dlatego, że młody nie może, ale też dlatego, że zaczęło się ściemniać.
            -Ale pamiętasz, że to tajemnica i nikomu ani słowa? –zapytał zanim weszliśmy do domu.
            -Pamiętam. Na którą masz jutro do szkoły?
            -Na ósmą. Zwykle wychodzę tak za dwadzieścia ósma. –powiedział uprzedzając moje pytanie.
            -Ok. gdyby cos to mnie obudź. –powiedziałem z uśmiechem.
            -Spoko. –weszliśmy do środka.
            -I jak się grało? –zapytała Vanessa gdy tylko nas zobaczyła.
            -Było świetnie. Nawet lepiej niż z Samem. –powiedział Ryan.
            -Ej. Poczułem się urażony. –powiedział Sam.
            -Przepraszam. Wygrałem z Justinem 3-0.
            -Dawałem ci fory. –powiedziałem.
            -Ta jasne. To co jutro powtórka? Tylko graj normalnie.
            -Jasne.
            -A ty kolego odrobiłeś lekcje? –zapytał Sam
            -Nie, już idę.
            -Pomóc ci? –zapytałem.
            -Jeśli chcesz? Vanessa, masz świetnego chłopaka. –powiedział do Van.
            -Dzięki, leć już na górę, robić te lekcje bo jutro dostaniesz jedynkę jak nie zrobisz.
            -Zaraz do ciebie przyjdę. –powiedziałem i popatrzyłem, aż zniknął z pola widzenia.
            -Coś się stało? –zapytała Vanessa.
            -Nie. Twój brat to świetny chłopak. Na serio. –powiedziałem i poszedłem na górę do pokoju chłopaka.
            ***Oczami Vanessy***
            -Coś się musiało stać. –powiedziałam.
            -Czemu? To źle, że Justin dobrze się dogaduje z Ryanem?
            -Dobrze, ale dziwi mnie, że tak szybko się zaprzyjaźnili. Ryan był zwykle nieufny.
            -Nie było cię dwa lata. Po tym wypadku się zmienił. Ufa bardziej gdy widzi, że ktoś z rodziny, albo znajomych też mu ufają. Tak jest z Justinem. Widzi, że my mu ufamy, więc wie, że nie ma się czego bać.
            -Może masz rację? Mam wyrzuty sumienia, że zostawiłam go na tyle czasu.
            -Nie zmienisz przeszłości, ale możesz zmienić przyszłość. Weźcie go jutro po szkole na jakąś wycieczkę z Justinem. Najlepiej za miasto. Pokaż mu, że nadal ci na nim zależy. –powiedział Sam.
            -Masz rację. Nawet mogę zacząć od zaraz.
            -Chcesz do niego iść i pomóc mu w lekcjach, prawda?
            -Prawda. Ty się nim zajmowałeś i pomagałeś mu tyle czasu. Teraz moja kolej. –powiedziałam wstając.
            -Pomóc ci?
            -Dam sobie radę. –weszłam ostrożnie po schodach i poszłam w stronę pokoju Ryana. –Mogę? –zapytałam otwierając drzwi.
            -Jasne chodź. –powiedział Rayn, Justin spojrzał na mnie kręcąc głową, ale nic nie powiedział.
            -Justin, zostawisz nas? –zapytałam ostrożnie.
            -Ok. Trzymaj się młody, do jutra. –gdy mijał mnie w drzwiach dał mi buziaka w czoło.
            -Stało się coś? –zapytał Ryan przyglądając mi się.
            -W zasadzie to tak. -Powiedziałam siadając na miejscu, na którym wcześniej siedział Justin. –Chciałam cię przeprosić.
            -Za co? Ten wypadek to nie była twoja wina.
            -O czym ty mówisz? Jaki wypadek? –zapytałam zaskoczona. Tylko Justin wiedział, że czuję się winna wobec tego co się stało. –Justin ci coś powiedział?
            -nie ważne. To za co chciałaś mnie przeprosić?
            -Za to, że mnie nie było, że cię zostawiłam, że się nie odzywałam.    
            -Nawet nie wiesz, co się ze mną działo. Mogłaś chociaż zadzwonić, wysłać Smsa czy wszystko u mnie w porządku, a ty nie zrobiłaś nic. Jakbyś zapomniała, że istnieję.–jego słowa tak mnie zabolały, że z oczu zaczęły mi lecieć łzy.
            -Wiem, przepraszam cię. Czasu nie cofnę, przeszłości nie zmienię, ale przyszłość jak najbardziej. Co powiesz, żebyśmy jutro w trójkę –Ja, Ty i Justin- pojechali na wycieczkę poza miasto.
            -Fajny pomysł. Mogę mieć do ciebie prośbę?
            -Zawsze. –powiedziałam uśmiechając się.
            -Nie zostawiaj mnie już. Nigdy. Jak gdzieś wyjeżdżasz: dzwoń do mnie proszę. –rzucił mi się na szuję. Czułam jak zaczyna płakać.
            -Obiecuję. Już nigdy cię tak nie zostawię.
            -Mogę się dołączyć? –usłyszałam głos Justina. spojrzałam w stronę z której dochodził. Stał w drzwiach.
            -No pewnie. –powiedziałam. –Jedziemy jutro na wycieczkę. Przyjedziemy po Ryana po szkole i wybierzemy się poza miasto.
            -Bardzo dobry pomysł. –powiedział Justin. Jak na złość właśnie w tym momencie przerwał nam telefon Justina. –Przepraszam Was, to z firmy. Zaraz wracam. –wyszedł z pokoju. Wiedziałam, że to nie był telefon z firmy. A może po prostu byłam przewrażliwiona?
            -Masz jeszcze coś do zrobienia na jutro? –zapytałam Ryana.
            -Nie. Zrobiliśmy wszystko z Justinem.
            -Dobrze to teraz do łazienki myć się i spać. –wstał i wyszedł z pokoju. Chwilę później wszedł Justin.
            -Coś nie tak? –zapytałam chłopaka.
            -Dzwoniła Perrie. Scooter ma jakieś problemy z finansami.
            -Nie brałeś nic z konta firmowego prawda?
            -Nie. Właśnie dlatego tak się martwię. Musiałbym tam jechać. Perrie powiedziała, że jeszcze raz wszystko przejrzą i jak nadal będą błędy to dobrze by było gdybym tam pojechał. Ale mam nadzieje, że wszystko będzie dobrze.
            -A co z Jazzy? –zapytałam. Wiedziałam, że to delikatny temat, ale musiałam wiedzieć.
            -Spokojnie wszystko jest dobrze. Jutro robię przelew…
            -Kto to Jazzy? –zapytała Ryan wchodząc do pokoju.
            -Mama cię nie nauczyła, że nie ładnie podsłuchiwać? –zapytałam.
            -Nic się nie stało. –powiedział Justin. –Jazzy to moja młodsza siostra. Ma 5 lat.
            -Coś z nią nie tak? –Ryan był tak samo uparty jak ja. To chyba rodzinne.
            -Wszystko w porządku idź spać. Jutro musimy wcześnie wstać.
            -Jak to? Czy ja o czymś nie wiem? –zapytałam zaskoczona.
            -Jutro odwożę Ryana do szkoły. Chodźmy –powiedział Justin. Zgasiliśmy światło u mojego brata w pokoju i wyszliśmy.
            -Coś ty zrobił, że mój brat tak cię polubił?

            -Nie wiem. Ale myślę, że powinnaś z kimś porozmawiać. –przesunął się i zobaczyłam…

_______________________________________________
Długo nic nie było, ja nie miałam czasu i możliwości bo miałam szlaban na kompa, a wy też nie komentowaliście i jakoś straciłam ochotę do dodawania :/ Ale mam nadzieję, że ten rozdział się wam spodoba i każdy kto tu wejdzie i przeczyta skomentuje :) xx