czwartek, 19 czerwca 2014

Rozdział XXIV

            Po kilkunastu minutach byłem już w domu. Było późno, więc poszedłem do łazienki wziąć prysznic i położyłem się spać. Łóżko było takie duże i puste bez Vanessy. Uświadomiłem sobie przez to jedną, ale bardzo ważną rzecz: nie mogę jej stracić, jej ani naszego dzidziusia. Bez nich będę nikim.
           
            Obudziłem się około 6 rano. Nie spałem prawie całą noc. Nie mogłem uwierzyć jak dużo potrafi zdziałać obecność jednaj dziewczyny. Szybko wstałem i poszedłem wziąć prysznic. Musiałem się odprężyć. Przebrałem się i zszedłem na dół zjeść śniadanie. Gdy skończyłem wyszedłem z domu. Postanowiłem jechać do jakiegoś supermarketu i kupić Vanessie jakiegoś naprawdę dużego misia. Pojechałem do pierwszego sklepu jaki pokazał mi się na GPS-ie. Wszedłem do środka. Od razu w oczy rzucił mi się wielki chyba z półtorametrowy miś.
            -Przepraszam –zapytałem ekspedientkę –W jakiej cenie ten duży miś?
            -230zł. –powiedziała.
            -Biorę go –powiedziałem bez zastanowienia. Wyjąłem portfel z kieszeni i położyłem na blacie 230zł. Ekspedientka w tym czasie ściągnęła misia z szafy.
            -Proszę bardzo –powiedziała podając mi go.
            -Dziękuję, do widzenia –powiedziałem wychodząc ze sklepu.
            Jakimś cudem udało mi się włożyć tego pluszaka auta. Odjechałem spod sklepu i udałem się w stronę szpitala. Postanowiłem zostawić miska w aucie. Wysiadłem z samochodu i skierowałem się w stronę Sali na której leży Vanessa. Gdy tam wszedłem siedziała na łóżku.
            -Mogę? –zapytałem stojąc w drzwiach.
            -Jasne. –powiedziała podchodząc do mnie. Zarzuciła mi ręce na szyję, a ja swoje oplotłem wokół jej talii. –Kocham cię –powiedziała całując mnie w policzek.
            -Ja ciebie też. –powiedziałem. –gotowa?
            -Tak, czekam jeszcze na wypis. –to mówiąc do Sali weszła lekarka.
            -Dzień dobry –przywitałem się.
            -Dzień dobry –odpowiedziała po czym zwróciła się do Van. –Tu jest pani wypis –powiedziała podając Vanessie kartkę papieru –I widzimy się za miesiąc na USG.
            -Tak proszę pani, dziękujemy. Do widzenia.
            -Do widzenia –powiedziała gdy wychodziliśmy z sali.
            -A co to jest? –zapytała gdy doszliśmy do auta.
            -To jest miś, żebyś się miała do czego przytulać....
            -Ale ja chcę się przytulać do ciebie.
            -Gdy ja będę w pracy. –dokończyłem nie zważając na to, że mi przerwała. –chodź jedziemy do domu. –powiedziałem otwierając jej drzwi. Sam obiegłem auto i usiadłem na miejscu kierowcy.
            -Może wrócimy do LA? –zapytała Vanessa. –Cała ta sprawa z Seleną i Maxem się już uspokoiła.
            -To może być tylko cisza przed burzą. Nie chcę cię denerwować, ale jeśli dowiedzą się, że jesteś w ciąży może nie być ciekawie. Lepiej będzie jeśli zostaniemy w Miami. Ok?
            -Ok. –powiedziała patrząc przez szybę.
            Wjechałem pojazd naszego domu. Wyszliśmy z auta, a ja wziąłem miśka i poszliśmy do domu. Skierowaliśmy się w stronę sypialni. Postawiłem miśka obok łóżka. Vanessa usiadła na łóżku ze smutną miną. Usiadłem obok niej i objąłem ją ramieniem.
            -Skarbie, wiem że chciałabyś wrócić do LA, ale to nie jest dobry pomysł. Tu jesteśmy bezpieczniejsi. Jasne? –zapytałem posyłając jej ciepły uśmiech.
            -Jasne. –powiedziała.
            -Już się tak nie smuć. Humor mi psujesz. Co dzisiaj robimy?
            -Nie idziesz do pracy? –zapytała zaskoczona.
            -Skarbie dziś jest sobota. Dzień zarezerwowany wyłączni dla ciebie. –powiedziałem po czym pocałowałem ją.
            -Chodźmy na plażę, puki słońce jeszcze nie grzeje zbyt mocno. –zaproponowała.
            -Bardzo dobry pomysł. Idź się przebrać. Czekam na dole. –wstałem i wyszedłem z pokoju.

***Oczami Vanessy***
            Jeju jaki on jest kochany. A ja tak mu się odpłacam. Nie zasługuję na niego. Jest dla mnie za dobry. Jednak gdyby nie on, nadal tkwiłabym w związku z Maxem.
            Wstałam z łóżka i podeszłam do szafy. Wybrałam lekką, zwiewną białą sukienkę. Poszłam do łazienki się przebrać. Gdy ściągnęłam bluzkę spojrzałam w lustrze na mój brzuch. Nie było jeszcze nic widać, ale ja mimo to wiedziałam, że nosze w nim nowe życie, które za 8 miesięcy będę nazywać swoim dzieckiem. Ta myśl trochę mnie przerażała, ale także cieszyłam się. W końcu stworzymy z Justinem prawdziwą rodzinę. Założyłam sukienkę, wyszłam z łazienki i zeszłam na dół. Justin czekał już na mnie. Założyłam klapki i wyszliśmy z mieszkania.
            -Co cię martwi? –zapytał niespodziewanie Justin.
            -Boję się. Boję się tego co będzie za 8 miesięcy. Co jeśli nie dam sobie rady? Co jeśli coś zrobię źle? –zapytałam zatrzymując się i spoglądając Justinowi w oczy.
            -Nie bój się na zapas. –powiedział posyłając mi ciepły uśmiech. –Jeśli będziesz miała jakiś problem, to zawsze masz mnie, a ja zawsze chętnie ci pomogę. Nie możesz się teraz denerwować. Nie pozwolę by coś wam się stało. –powiedział cicho, przytulając mnie. Tego właśnie potrzebowałam. Dotyku jego ciała, jego zapachu. On zawsze jest przy mnie gdy go potrzebuję. –Idziemy dalej?
            -Idziemy –powiedziałam pewna siebie.
            -Ślicznie wyglądasz w tej sukience –powiedział gdy wchodziliśmy na plażę. –Szkoda by było gdyby przez przypadek się pomoczyła. –powiedziała na jego twarzy pojawił się cwaniacki uśmiech.
            -Zaraz... –nie zdążyłam skończyć bo wziął mnie na ręce i wbiegł do wody. Momentalnie moje serce zaczęło bić szybciej. Zacisnęłam mocno ręce na jego szyi, a resztą ciała przycisnęłam się do jego torsu.
            -Jest w porządku –szepnął mi do ucha – nie bój się.   
            Powoli odwróciłam głowę. Justin stał po kolana w wodzie. Momentalnie przestałam się bać. Nie wiem czemu, ale czując obecność Justina niczego się nie obawiałam. No może z wyjątkiem tego co stanie się za 8 miesięcy. Podciągnęłam się tak, aby moje usta były na wysokości jego ust i... pocałowałam go. Staliśmy tak kilkanaście minut. Gdy się od siebie oderwaliśmy, zaśmialiśmy się lekko i Justin wyszedł z wody. Całą drogę do domu Justin niósł mnie na rękach. A przynajmniej takie miałam wrażenie, bo w połowie chyba zasnęłam.

            ***8 miesięcy później***
            ***Oczami Justina***
            Siedzieliśmy właśnie z Vanessą na kanapie, trzymając nasze ręce splecione na jej brzuchu.
            -Chcesz coś do picia? –zapytałem.
            -Wody –powiedziała patrząc na mnie.
            -Już się robi –wstałem i wyszedłem do kuchni.
            -Justin!!! –usłyszałem krzyk Vanessy. Szybko wybiegłem z kuchni. –zaczyna się. –powiedziała patrząc na mnie przestraszonym wzrokiem.
            -Spokojnie –powiedziałem –połóż się na kanapie ostrożnie. –pomogłem jej się położyć. Podkurczyła kolana, a ręce trzymała na brzuchu.
            -Co ty robisz? –powiedziała słabym głosem –musimy jechać do szpitala.
            -Nie będę cię tam wiózł na własna rękę –powiedziałem, po czym wyciągnąłem telefon i wybrałem numer pogotowia.
            -Dzień dobry, moje nazwisko Bieber, potrzebna karetka, moja dziewczyna właśnie zaczęła rodzić. –podałem babce z centrali adres i rozłączyłem się. –Spokojnie Vanessa, wszystko będzie dobrze –powiedziałem gładząc jej dłonie. Po kilku minutach usłyszałem dźwięk karetki. Pobiegłem otworzyć drzwi i wpuściłem ratowników do środka. Przenieśli Vanesse na nosze i wyjechali.
            Poszedłem na górę po torbę z najpotrzebniejszymi rzeczami dla dzidziusia i Vanessy, którą spakowaliśmy już kilka dni temu. Razem ustaliliśmy, że płeć dziecka zostanie tajemnicą, aż do porodu. Dlatego ciuszki dla malca są w kolorze zieleni. Wziąłem torbę do ręki i jak najszybciej pobiegłem do auta i ruszyłem w stronę szpitala. Gdy tam dotarłem, Vanessa była już na Sali porodowej, więc nie miałem szans do niej wejść. Usiadłem więc na krześle i czekałem i czekałem. Siedziałem tam z kilka godzin. Nagle z Sali wyszła pielęgniarka.
            -Pan Bieber? –spytała.
            -Tak to ja –powiedziałem wstając.
            -Gratuluję, ma pan córeczkę –powiedziała uśmiechając się.
            -Wszystko w porządku z nią i z matką?
            -Tak, wszystkie narządy dziewczynki są dobrze rozwinięte, tak więc nie ma się o co martwić. Jeśli chodzi o matkę, to jest zmęczona, ale szczęśliwa. Była naprawdę dzielna.
            -Czy mogę je zobaczyć?
            -Tak ale tylko na chwilę, proszę za mną. –powiedziała ruszając w głąb korytarza. –To te drzwi –wskazała drzwi na lewo. –Ale proszę pana, tylko parę minut, pana dziewczyna musi odpocząć.
            -Dobrze dziękuję. –powiedziałem, a pielęgniarka zaczęła się oddalać. Wziąłem kilka głębokich oddechów i najciszej jak się dało otworzyłem drzwi. Vanessa leżała na łóżku z zamkniętymi oczami, lecz otworzyła je jak tylko wszedłem do środka. –Przepraszam, nie chciałem cię obudzić, mogę przyjść póź...
            -Nie zostań –powiedziała, więc podszedłem do jej łózka i usiadłem na krześle stojącym obok.
            -Mamy córeczkę –powiedziałem całując jej dłoń.
            -Wiem. Jak damy jej na imię? –zapytała.
            -Może Camille? –zaproponowałem –możemy jej mówić Cam. Co ty na to?
            -Bardzo ładne. Chciałabym ją zobaczyć –westchnęła.
            -Cierpliwości, teraz musisz odpoczywać, przyjadę jutro i razem sobie posiedzimy tak?
            -Jasne.
            -Śpij dobrze –stałem i pocałowałem jej czoło. Wyszedłem z sali. Postanowiłem jechać do domu. Była 4 w nocy. Jednak mimo wszystko musiałem zrobić jedną rzecz.
            Wyciągnąłem telefon i wybrałem numer Sama. Obiecaliśmy mu razem z Van, że jak tylko dzidziuś przyjdzie na świat zadzwonię do niego.
            -Holo? –usłyszałem w słuchawce zaspany głos Sama.
            -Mamy córeczkę –powiedziałem uśmiechając się.
            -Żartujesz? –od razu się przebudził. –Gratulacje, jak jej dacie na imię?
            -Camille.
            -Bardzo ładne.
            -Dzięki, sorry że tak o 4 rano, ale chciałeś wiedzieć jako jeden z pierwszych... –powiedziałem przepraszająco.
            -Nic się nie stało. Ja idę nadal spać, jeszcze raz gratulacje, dobranoc.
            -Dobranoc. –powiedziałem i rozłączyłem się.
            Wsiadłem do auta i pojechałem do domu. Zanim jednak poszedłem do swojej sypialni, skierowałem się do pokoju na końcu korytarza. To mój sekretny pokój, do którego Vanessa nie miała wstępu przez ostatnie 8 miesięcy. W tym pokoju robiłem bowiem pokój dla naszego dzidziusia. Postanowiłem się upewnić, że wszystko jest gotowe na przyjazd naszego malca. Z najniższej szuflady wyciągnąłem kartki papieru i zacząłem wycinać literki, które połączone w słowa utworzą „Witajcie w domu Vanessa i Camille” .po około godzinie wszystko było gotowe, a ja zmęczony poszedłem do pustej sypialni. Gdy tylko dotknąłem poduszki, zasnąłem.

_________________________________
WOW! 206 wyświetleń w niecałe dwa dni. To wielka niespodzianka. Szkoda tylko, że żadnych komentarzy nie ma :/ 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz