Gdy podjechałem
bliżej, że dym unosi się z naszego domu. Vanessa aż krzyknęła gdy to zobaczyła.
-Spokojnie Vanessa. –położyłem jej rękę
na ramieniu i wyciągnąłem z kieszeni telefon. Wysiadłem z auta, żeby zadzwonić na
straż pożarną a potem do Louisa.
-Halo, dzień dobry straż pożarna? -powiedziałem do słuchawki.
-Tak w czym mogę pomóc? –zapytała kobieta.
-w moim domu wybuchł pożar. Nie, nie
wiem co się stało cały dzień nie było mnie w domu. –odpowiedziałem kobiecie
lekko zdenerwowany. Powiedziała, że już kogoś wysłali i rozłączyła się.
Teraz pora zadzwonić
do Lou.
-Hej Lou jak ci idzie? –zapytałem kumpla.
-Jakoś. –odpowiedział bez
przekonania.
-Jeśli możesz to skończ to robić.
-Ale czemu? –zapytał zdziwiony.
-Stary jest taka sprawa. Dom mi się
pali, moglibyśmy się u ciebie zatrzymać na kilka dni z Vanessą?
-Jasne, że tak. Przyjeżdżajcie jak
najszybciej już wszystko chowam.
-Dzięki będziemy za jakieś pół
godziny.
-Jasne do zobaczenia –powiedział Lou
i rozłączył się. W oddali usłyszałem dźwięk syren. Po około 20 minutach strażacy
ugasili pożar. Stałem przy samochodzie z Vanessą wtuloną w moje ramiona. Próbowałem
ją uspokoić ale na próżno. Po chwili podeszła do nas policja. Wytłumaczyłem im
co się stało, ale niewiele mogłem powiedzieć bo cały dzień nie było mnie w
domu.
Około 19.00 byliśmy pod domem Lou. Chłopak
otworzył nam drzwi i weszliśmy do środka. Usiedliśmy z Vanessą na kanapie, a
Louis na fotelu. Dopiero teraz udało mi się uspokoić Vanessę. Kilka minut
później już spała.
-Mogę ją gdzieś położyć? –zapytałem kolegi.
-Pierwsze drzwi na górze po lewej.
-Dzięki. Zaraz wracam. –Stałem i
wziąłem Van na ręce. Zaniosłem ja do pokoju o którym mówił Louis. Położyłem ją
na łóżku a sam zszedłem na dół, żeby pogadać z kumplem.
-Ale jak to się stało? –zapytała zanim
zdążyłem usiąść na kanapie.
-Nie wiem. Gdy tu jechaliśmy przypomniałem
sobie, że gdy ostatnio był u mnie Max były chłopak Vanessy, zagroził mi, że
jeszcze się spotkamy i wtedy nie żyję.
-Powiedziałeś o tym policji?
-Nie. Nie byłem pewny. Dopiero w
samochodzie sobie uświadomiłem, że to miałoby sens.
-Selena dzisiaj u mnie była. Chciała
do mnie wrócić. Kazałem jej wyjść i nie wracać. Ona tez powiedziała, że jeszcze
ja popamiętam.
-Ale co ma Selena do byłego chłopaka
Vanessy?
-To, że Max czekał na Selenę przed
wytwórnią. Vanessa ich zauważyła. To by się wszystko składało w jedno: Max
chciał odzyskać Vanessę, Selena mnie. Żadnemu z nich się nie udało, więc
postanowili nas zniszczyć. Wiem gadam bez sensu, ale sam na spójrz. Mnie się to
wydaje podejrzane, że oboje chcą odzyskać utracone osoby, w tym samym czasie. Musieli
się jakoś zgadać.
-Nie jakoś zgadać. –powiedział Louis
po chwili namysłu.
-O czym ty mówisz? –zapytałem kumpla.
-Pamiętasz, mówiłeś kiedyś, ze jak byłeś
u Selenu w szpitalu, po tym jak wiesz... z Sali wychodził jakiś dziwny typek.
-Wiedziałem, że ja go z nam, ale nie
mogłem sobie przypomnieć kto to jest. Teraz oboje są sami i chcą się zemścić,
że oboje ich zostawiliśmy. Myśleli, że jesteśmy w domu, bo stało pod nim moje
drugie auto. Podpalili myśląc, że nas zabiją. –nie mogłem w to uwierzyć.
-Musisz z tym iść na policję. Jak najszybciej,
oni mogą już gdzieś wyjeżdżać, lepiej się pospiesz.
-Zostaniesz z Vanessą, ja pojadę.
-Pewni jedź już. Im prędzej to
załatwisz tym lepiej.
-Dzięki stary nie wiem jak ci się odwdzięczyć.
-Dobra, dobra coś wymyślimy. No już nie ma cię tu.
Szybko
wybiegłem z domu i pojechałem na komisariat. Opowiedziałem policjantom o moich
przypuszczeniach. Szybko wzięli się do działania.
***W tym samym czasie***
***Oczami Vanessy***
Obudziłam się w nieznanym łóżku. Jedyne
co pamiętam to to, że nasz dom płonął. Potem pustka. Wyszłam z pokoju. Zobaczyłam
na dole w salonie Louisa –kolegę Justina. „To pewnie u niego jesteśmy”
-Cześć Vanessa. Justina nie ma jest
na policji. Ma podejrzenia kto mógł podpalić wasz dom. Chcesz do picia, albo jedzenia?
–zapytał wstając z fotela.
-Wody. –odpowiedziałam. Chłopak wstał
i poszedł do kuchni. Usiadłam na kanapie i podkuliłam nogi. „Kto mógł podpalić nasz
dom?” zastanawiałam się.
-Proszę. –Louis podał mi wodę. –Nie martw
się wszystko będzie dobrze. –Uśmiechnął się. Wysiliłam się na uśmiech. W tej
chwili ktoś wszedł do domu.
-Wróciłem. –To Justin. Odstawiłam szklankę
na stół i pobiegłam do niego. Rzuciłam mu się na szyje i znowu zaczęłam płakać.
-Kochanie co się dzieje? –zapytał całując
mnie w czoło. –Chodź do salonu.
Usiedliśmy na kanapie, cały czas
płakałam.
-Ja się boje Justin. Co jeśli to
miało nas zabić. Jeśli się dowiedzą, że żyjemy, będą próbowali kolejny raz. Wtedy
możemy nie mieć tyle szczęścia.
-Wiem skarbie. –powiedział łagodnym głosem. –Dlatego
wyjeżdżamy.
-Ale jak to? Do kąd. –Spojrzałam na
niego zdziwiona.
-Do Miami. Tam będziemy bezpieczni. Lou
jesteś jedyną osoba, która o tym wie poza moimi rodzicami. Jakby ktoś pytał,
jesteśmy u mojego taty. Ok?
-Ok. –odpowiedział Louis. –Kiedy wyjeżdżacie?
-Jutro. Możemy tu przenocować?
-Oczywiście. Pokój, w którym spała
Vanessa jest Wasz.
-Dzięki. To my idziemy. Do jutra.
Wstaliśmy z Justinem z kanapy i poszliśmy
na górę.
-Poczekaj chwilę. Pójdę po jakieś
ciuchy na przebranie, zaraz wracam. –powiedział Justin i wyszedł z pokoju.
Z jednej strony nie chciałam stąd wyjeżdżać.
Tyle dobrych wspomnień. To tutaj poznałam Justina. z drugiej cieszyłam się. Może
ucieknę od tego pecha, który prześladuje mnie od kilku miesięcy. Na Justina nie
musiałam długo czekać. Przyniósł jakieś pidżamy. Przebraliśmy się i poszliśmy spać.
Miałam nadzieję, że to już koniec pecha na ten miesiąc. Niestety. To co najgorsze
miało dopiero nadejść....
________________________________________________________
No i jest 8 rozdział. Komentujcie następny pojawi się jak będą conajmniej dwa komentarze :)



Super ;)
OdpowiedzUsuńI love it :-D
OdpowiedzUsuń