środa, 9 kwietnia 2014

Rozdział VIII

Gdy podjechałem bliżej, że dym unosi się z naszego domu. Vanessa aż krzyknęła gdy to zobaczyła.
            -Spokojnie Vanessa. –położyłem jej rękę na ramieniu i wyciągnąłem z kieszeni telefon. Wysiadłem z auta, żeby zadzwonić na straż pożarną a potem do Louisa.
            -Halo, dzień dobry straż pożarna?           -powiedziałem do słuchawki.
            -Tak w czym mogę pomóc? –zapytała kobieta.
            -w moim domu wybuchł pożar. Nie, nie wiem co się stało cały dzień nie było mnie w domu. –odpowiedziałem kobiecie lekko zdenerwowany. Powiedziała, że już kogoś wysłali i rozłączyła się.
Teraz pora zadzwonić do Lou.
            -Hej Lou jak ci idzie? –zapytałem kumpla.
            -Jakoś. –odpowiedział bez przekonania.
            -Jeśli możesz to skończ to robić.
            -Ale czemu? –zapytał zdziwiony.
            -Stary jest taka sprawa. Dom mi się pali, moglibyśmy się u ciebie zatrzymać na kilka dni z Vanessą?
            -Jasne, że tak. Przyjeżdżajcie jak najszybciej już wszystko chowam.
            -Dzięki będziemy za jakieś pół godziny.
            -Jasne do zobaczenia –powiedział Lou i rozłączył się. W oddali usłyszałem dźwięk syren. Po około 20 minutach strażacy ugasili pożar. Stałem przy samochodzie z Vanessą wtuloną w moje ramiona. Próbowałem ją uspokoić ale na próżno. Po chwili podeszła do nas policja. Wytłumaczyłem im co się stało, ale niewiele mogłem powiedzieć bo cały dzień nie było mnie w domu.
            Około 19.00 byliśmy pod domem Lou. Chłopak otworzył nam drzwi i weszliśmy do środka. Usiedliśmy z Vanessą na kanapie, a Louis na fotelu. Dopiero teraz udało mi się uspokoić Vanessę. Kilka minut później już spała.
            -Mogę ją gdzieś położyć? –zapytałem kolegi.
            -Pierwsze drzwi na górze po lewej.
            -Dzięki. Zaraz wracam. –Stałem i wziąłem Van na ręce. Zaniosłem ja do pokoju o którym mówił Louis. Położyłem ją na łóżku a sam zszedłem na dół, żeby pogadać z kumplem.
            -Ale jak to się stało? –zapytała zanim zdążyłem usiąść na kanapie.
            -Nie wiem. Gdy tu jechaliśmy przypomniałem sobie, że gdy ostatnio był u mnie Max były chłopak Vanessy, zagroził mi, że jeszcze się spotkamy i wtedy nie żyję.
            -Powiedziałeś o tym policji?
            -Nie. Nie byłem pewny. Dopiero w samochodzie sobie uświadomiłem, że to miałoby sens.
            -Ale co? –Lou nie wiedział o co mi chodzi.
            -Selena dzisiaj u mnie była. Chciała do mnie wrócić. Kazałem jej wyjść i nie wracać. Ona tez powiedziała, że jeszcze ja popamiętam.
            -Ale co ma Selena do byłego chłopaka Vanessy?
            -To, że Max czekał na Selenę przed wytwórnią. Vanessa ich zauważyła. To by się wszystko składało w jedno: Max chciał odzyskać Vanessę, Selena mnie. Żadnemu z nich się nie udało, więc postanowili nas zniszczyć. Wiem gadam bez sensu, ale sam na spójrz. Mnie się to wydaje podejrzane, że oboje chcą odzyskać utracone osoby, w tym samym czasie. Musieli się jakoś zgadać.
            -Nie jakoś zgadać. –powiedział Louis po chwili namysłu.
            -O czym ty mówisz? –zapytałem kumpla.
            -Pamiętasz, mówiłeś kiedyś, ze jak byłeś u Selenu w szpitalu, po tym jak wiesz... z Sali wychodził jakiś dziwny typek.
            -Wiedziałem, że ja go z nam, ale nie mogłem sobie przypomnieć kto to jest. Teraz oboje są sami i chcą się zemścić, że oboje ich zostawiliśmy. Myśleli, że jesteśmy w domu, bo stało pod nim moje drugie auto. Podpalili myśląc, że nas zabiją. –nie mogłem w to uwierzyć.
            -Musisz z tym iść na policję. Jak najszybciej, oni mogą już gdzieś wyjeżdżać, lepiej się pospiesz.
            -Zostaniesz z Vanessą, ja pojadę.
            -Pewni jedź już. Im prędzej to załatwisz tym lepiej.
            -Dzięki stary nie wiem jak ci się odwdzięczyć.
            -Dobra,  dobra coś wymyślimy. No już nie ma cię tu.
            Szybko wybiegłem z domu i pojechałem na komisariat. Opowiedziałem policjantom o moich przypuszczeniach. Szybko wzięli się do działania.

            ***W tym samym czasie***
            ***Oczami Vanessy***
            Obudziłam się w nieznanym łóżku. Jedyne co pamiętam to to, że nasz dom płonął. Potem pustka. Wyszłam z pokoju. Zobaczyłam na dole w salonie Louisa –kolegę Justina. „To pewnie u niego jesteśmy”
            -Cześć Vanessa. Justina nie ma jest na policji. Ma podejrzenia kto mógł podpalić wasz dom. Chcesz do picia, albo jedzenia? –zapytał wstając z fotela.
            -Wody. –odpowiedziałam. Chłopak wstał i poszedł do kuchni. Usiadłam na kanapie i podkuliłam nogi. „Kto mógł podpalić nasz dom?” zastanawiałam się.
            -Proszę. –Louis podał mi wodę. –Nie martw się wszystko będzie dobrze. –Uśmiechnął się. Wysiliłam się na uśmiech. W tej chwili ktoś wszedł do domu.
            -Wróciłem. –To Justin. Odstawiłam szklankę na stół i pobiegłam do niego. Rzuciłam mu się na szyje i znowu zaczęłam płakać.
            -Kochanie co się dzieje? –zapytał całując mnie w czoło. –Chodź do salonu.
            Usiedliśmy na kanapie, cały czas płakałam.
            -Ja się boje Justin. Co jeśli to miało nas zabić. Jeśli się dowiedzą, że żyjemy, będą próbowali kolejny raz. Wtedy możemy nie mieć tyle szczęścia.
            -Wiem  skarbie. –powiedział łagodnym głosem. –Dlatego wyjeżdżamy.
            -Ale jak to? Do kąd. –Spojrzałam na niego zdziwiona.
            -Do Miami. Tam będziemy bezpieczni. Lou jesteś jedyną osoba, która o tym wie poza moimi rodzicami. Jakby ktoś pytał, jesteśmy u mojego taty. Ok?
            -Ok. –odpowiedział Louis. –Kiedy wyjeżdżacie?
            -Jutro. Możemy tu przenocować?
            -Oczywiście. Pokój, w którym spała Vanessa jest Wasz.
            -Dzięki. To my idziemy. Do jutra.
            Wstaliśmy z Justinem z kanapy i poszliśmy na górę.
            -Poczekaj chwilę. Pójdę po jakieś ciuchy na przebranie, zaraz wracam. –powiedział Justin i wyszedł z pokoju.

            Z jednej strony nie chciałam stąd wyjeżdżać. Tyle dobrych wspomnień. To tutaj poznałam Justina. z drugiej cieszyłam się. Może ucieknę od tego pecha, który prześladuje mnie od kilku miesięcy. Na Justina nie musiałam długo czekać. Przyniósł jakieś pidżamy. Przebraliśmy się i poszliśmy spać. Miałam nadzieję, że to już koniec pecha na ten miesiąc. Niestety. To co najgorsze miało dopiero nadejść....

________________________________________________________
No i jest 8 rozdział. Komentujcie następny pojawi się jak będą conajmniej dwa komentarze :)

2 komentarze: