czwartek, 10 kwietnia 2014

Rozdział IX

Obudziłam się około 6 rano. Justin też nie spał, wpatrywał się w sufit.
            -Ty wiesz kto to zrobił, prawda? –zapytałam. Wtuliłam się w jego ramiona.
Bardzo mocno mnie przytulił.
            -Nie mam pewności. –powiedział po chwili namysłu.
            -To powiedz mi to co wiesz. –nalegałam.
            -Według mnie to... Max i Selena. –powiedział odwracając ode mnie głowę.
            -Ale jak to? Skąd ten pomysł?
            -Wczoraj, jak spałaś, doszliśmy z Lou do wniosku, że to dziwne, że oboje chcieli nas odzyskać. Nikomu się nie udało, więc postanowili się zemścić. A poza tym: grozili nam.
            -Chwila. Jak to ‘grozili’? –zapytałam coraz bardziej przestraszona.
            -Pamiętasz ten wieczór, kiedy Max mnie pobił? –kiwnęłam głową na tak –gdy odchodził powiedział coś w stylu ‘Jeszcze tu wrócę, wtedy nie żyjesz’. Wczoraj Selena powiedziała ‘jeszcze mnie popamiętasz’. Oni musieli myśleć, że jesteśmy w domu. Musiał zmylić ich drugi samochód, który stał na podwórku.
            -Czyli chcieli nas spalić tak? –zapytałam a do moich oczu napłynęły łzy.
            -Według mnie tak, ale nie mam pewności. Van nie płacz. Za kilka godzin nas tu nie będzie.
            W tej chwili zadzwonił telefon Justina.
            -Policja. –powiedział gdy spojrzał na wyświetlacz.
            -Daj na głośnomówiący. –powiedziałam. Juss zrobił tak jak prosiłam.
            -Dzień dobry mam nadzieje, że pana nie obudziłem. –powiedział mężczyzna w słuchawce.
            -Nie. O co chodzi, że dzwoni pan tak wcześnie?
            -Złapaliśmy ich. Oczywiście nie przyznają się do winy. Na razie sprawdzamy ich alibi, ale na wszelki wypadek, proszę być ostrożnym dobrze?
            -Dobrze, dziękuję do widzenia. –powiedział i rozłączył się.
            -I tak wyjeżdżamy do Miami prawda? –zapytałam patrząc w ścianę.
            -Tu nie jest bezpieczni kotku. Nawet jeżeli ich zamkną to nie mamy pewności, że nie zlecą komuś zabicia nas. Wyjazd do Miami jest najlepszym rozwiązaniem w tej chwili.
            -Ok. a co z twoją pracą? Jesteś szefem tej wytwórni. Tak po prostu wyjedziesz?
            -W Miami otwieram filię* swojej wytwórni, której będę szefem. W Kalifornii moje miejsce zajmie Scooter. Jest vice prezesem więc da sobie rade. Jeśli chcemy wyjechać o czasie musimy już powoli się ogarniać. –powiedział, pocałował mnie w czoło i wstał łóżka. Zostałam sama. Poszedł do łazienki. Nie było go w pokoju. Poszukałam trochę w kieszeni w spodniach i znalazłam to czego szukałam. Żyletka. Wyszłam na balkon. Stanęłam przy balustradzie i położyłam żyletkę na nadgarstku. Z oczu pociekły mi łzy. To wszystko mnie przerastało. Najpierw chory związek z Maxem. Potem te groźby, teraz nasz dom spłonął. Wyjazd do Miami to najlepsze wyjście. Już miałam zrobić cięcie na nadgarstku, gdy nagle ktoś złapał moją dłoń.
            -Czemu to robisz? –Justin. Odwróciłam się. Widziałam w jego oczach złość. Ale też panikę, troskę.
            -Ja już nie daje rady Justin. –Wtuliłam się w jego tors i zaczęłam płakać. Po kilku minutach uspokoiłam się. Odsunęłam się od niego i popatrzyłam w dal. –Przepraszam. Zachowuję się jak małe dziecko. Płacze od kilku godzin o to co już było.
            -Nie masz mnie za co przepraszać. –na jego twarzy pojawił się uśmiech. Szczery uśmiech, którego nie widziałam od kilku dni. –Sama mówiłaś, że człowiek musi czasem popłakać, żeby ochłonąć i wypuścić z siebie emocje. Wszystko będzie dobrze. –Przytulił mnie od tyłu. Owinął ręce wokół mojej talii i wyciągnął jedną dłoń. –oddaj to.
            -Ale co?
            -Żyletkę. No już oddawaj. –niechętnie mu ją oddałam. -Mam nadzieję, że nie masz więcej.
            -Nie. Możemy iść coś zjeść? Jestem głodna. –podniosłam głowę do góry, żeby widzieć jego twarz. Sięgałam mu wyłącznie do ramion.
            -Jasne. Tylko się przebierz. Nie będziesz paradowała przed moim kumplem w pidżamie. –zaśmiał się.
            -Jesteś zazdrosny? –wyminęłam go i weszłam do pokoju.
            -Kto? Ja? Nie, no co ty. –posłał mi uśmieszek cwaniaka.
            -Akurat. –wzięłam rzeczy i poszłam do łazienki. Przebrałam się i poszliśmy z Justinem na śniadanie.
            Po około półtorej godzinie byliśmy już dawno poza Kalifornią. Będę tęsknić za tym miejscem, ale nie na tyle by za nim płakać.
            -Prześpij się trochę. Jak zrobimy postój obudzę cię. –Powiedział Justin.
            Po pięciu minutach już spałam.

            ***Oczami Justina***

            -Vanessa! Vanessa! –potrząsałem nią z całych sił. Cała dygotała, kręciła się na siedzeniu. Cały czas powtarzała tylko słowa „pożar, zaraz spłoniemy, boję się”...


______________________________________________________________
*Filia - (łac. córka) – zakład przedsiębiorstwa (np. uczelni, urzędu, banku itp.), mający najczęściej swoją lokalizację poza miejscem funkcjonowania głównej, nadrzędnej jednostki.

Dzięki za komentarze pod poprzednim postem :) Tym razem tak samo: 2 komentarze kolejny rozdział. Mam nadzieję, że wam się podoba :)

5 komentarzy:

  1. Fajne , Fajne ..pisz dalej !!

    OdpowiedzUsuń
  2. To jest mega wciągające :-)
    Pisz szybko,nie moge sie doczekac nastepnego rozdziału :-D

    OdpowiedzUsuń
  3. Aaaaaaaaaaa żygam tenczom, MEGA wciągające chcem więcej ! ;* <3

    OdpowiedzUsuń
  4. Nie wiem skąd bierzesz te pomysły, ale są super ! Pisz dalej bo wciąga ;3

    OdpowiedzUsuń