czwartek, 10 kwietnia 2014

Rozdział X

            ***Oczami Justina***
            -Vanessa! Vanessa! –potrząsałem nią z całych sił. Cała dygotała, kręciła się na siedzeniu. Cały czas powtarzała tylko słowa „pożar, zaraz spłoniemy, boję się”...
            Po kilku minutach udało mi się ją obudzić. Była cała mokra, płakała. Usiedliśmy razem na tylnym siedzeniu. Opowiedziała mi o tym co się stało. Śniło jej się, że dom płonie gdy byliśmy w środku i nie było drogi ucieczki. Tak bardzo jak w tamtej chwili nie bałem się jeszcze nigdy w życiu. Po około 30 minutach pojechaliśmy dalej. Vanessa już nie zmrużyła oka. Około 22.15 byliśmy w Miami. Zaparkowałem samochód pod naszym nowym domem. Może nie był tak okazały jak ten w Kalifornii, ale nam wystarczał. Miał trzy sypialni, w każdej z nich była łazienka. Salon połączony z kuchnią i jadalnią. Ogromny ogród. W salinie był telewizor i projektor. W ciągu dnia gdy zasłoniło się rolety było ciemno jak w nocy.
            -Jest piękny. –powiedziała Vanessa gdy weszliśmy do środka.
            -Cieszę się, że ci się podoba. –objąłem ją ramieniem i pocałowałem. –chodź pokarzę ci twoją sypialnię… -spojrzała na mnie z ukosa –Naszą sypialnię –poprawiłem się. –A resztę domu pokarzę ci jutro, bo dzisiaj jest już późno.
            -Ok. –powiedziała i poszliśmy na górę.
            W sypialni był kominek. Była tak jakby przedzielona łukiem pod sufitem. W jednej części było łóżko i drzwi do łazienki, a w drugiej 2 fotele i kominek. Vanessa poszła do łazienki, żeby się odświeżyć, a ja zostałem sam. Wiem, że nie powinienem tego robić, ale po tym co stało się dzisiaj na balkonie u Louisa musiałem. Wziąłem jej torebkę i zacząłem szukać. Niestety. Moje przypuszczenia się sprawdziły. Znalazłem w jej torebce 3 żyletki. Mówiła, że nie ma więcej. Odłożyłem torebkę na miejsce w ostatniej chwili. Drzwi uchyliły się i Van wyszła z łazienki. Trzymałem żyletki w zamkniętej dłoni, żeby ich nie wiedziała.
            -Możemy pogadać? –zapytałam gdy usiadła na łóżku. Usiadłem na przeciwko niej. Nasze oczy się spotkały.
            -O czym? –zapytała. Otworzyłem dłoń w której były żyletki. Jej twarz momentalnie się zmieniła. Była zła, ale także… zawstydzona? Spuściła głowę. –Skąd to masz? –zapytała po cichu.
            -Z twojej torebki. Mówiłaś, że nie masz więcej. –powiedziałem spokojnie.
            -Grzebałeś w mojej torebce? –zapytała z niedowierzaniem.
            -Musiałem. Zrozum. Martwię się o ciebie. Nie wiem co bym zrobił gdyby coś ci się stało.
            -Wyrzuć je. –powiedziała pewnym siebie głosem.
            -Co? –zapytałem z niedowierzaniem.
            -Wyrzuć je. Nie chcę ich. Nie są mi do niczego potrzebne. Ty mi wystarczysz. –Uśmiechnęła się blado.
            -Cieszę się. Kładź się, zaraz przyjdę. –powiedziałem i poszedłem do łazienki.
            ***Oczami Vanessy***
            „Jak on mógł mi to zrobić? Grzebał mi w torebce? Trochę go rozumiem. Martwi się o mnie. Miałam zamiar je wyrzucić, ale o nich zapomniałam. Justin jest taki opiekuńczy, czasem nawet za bardzo. Ale kocham go jak nikogo innego.” Rozmyślałam leżąc w łóżku. Po chwili Justin wyszedł z łazienki. Udałam, że śpię. Nie chciałam z nim dzisiaj gadać. Położył się koło mnie. Jego ręka znalazła się na mojej talii. Nie przeszkadzało mi to. Wręcz przeciwnie, cieszyłam się. Przy nim czułam się bezpieczna. To wrażenie, które miałam pierwszego wieczora, gdy go spotkałam, nie zmieniło mnie. Po chwili zasnęłam...


            ***następnego dnia godz. 10.00***
            Gdy się obudziłam Justina nie było już w łóżku. Niechętnie zwlekłam się łózka. W tedy zauważyłam coś, o czym wcześniej zapomniałam. Wstałam z łóżka i poszłam do kuchni. Bez trudu ją znalazłam.
            -Cześć kochanie jak się spało? –zapytał Justin gdy mnie zobaczył.
            -Dobrze. Justin jest taka sprawa… -zaczęłam.
            -O co chodzi. –powiedział siadając przy stole i pokazując abym zrobiła to samo.
            -No bo widzisz ja nie mam telefonu… czy mógłbyś mi jakiś kupić? –zapytałam niepewnie.
            -Poczekaj chwile. –uśmiechnął się i wstał od stołu. Usłyszałam tylko jak zamyka i otwiera drzwi wejściowe. Po chwili był już z powrotem. –Proszę. –podał mi jakieś pudełko zawinięte w papier ozdobny.
            Usiadł naprzeciwko mnie, a zaczęłam otwierać prezent. Nie mogłam uwierzyć własnym oczom. To był najnowszy iPhone.
            -Nie musiałeś mi kupować iPhone’a. –powiedziałam włączając urządzenie.
            -Ale chciałem. Podoba ci się? –uśmiech nie schodził z jego twarzy.
            -Oczywiście. Zawsze chciałam taki mieć.
            -Cieszę się. –Wstał od stołu by za chwilę wrócić z talerzami w ręku. Zrobił mi jajecznice. Taki chłopak jak Justin to skarb.
            -Jadę dzisiaj otworzyć studio, jedziesz ze mną? –zapytał.
            -No pewnie. Tylko muszę wcześniej zadzwonić do mamy. Nie wiadomo co Max jej nagadał gdy uciekłam.
            -Ok, to idź. Jakby co to chciałbym wyjechać tak gdzieś o 11.30. wyrobisz się? –Uśmiechnął się cwaniacko.
            -Haha. No jasne, że się wyrobie. Daj mi 45 minut. –powiedziałam i poszłam do sypialni. Szybko wybrałam numer mamy. Zastanowiłam się chwile co jej powiem po czym dotknęłam zielonej słuchawki.
            -Halo? –usłyszałam w słuchawce głos mamy.
            -Mama? To ja Vanessa. –powiedziałam wstając z łóżka.
            -Vanessa? Max mówił, że nie żyjesz.
            -Uciekłam od Maxa. On mnie bił. Pewnej nocy nie wytrzymałam. Wybiegłam z domu… -opowiedziałam mamie wszystko od spotkanie Justina aż do teraz ze szczegółami. Ominęłam tylko fakt, że musieliśmy wyjechać z Kalifornii i że aktualnie znajdujemy się w Miami. Słyszałam ja mama pociąga nosem. –Mamo nie płacz. Wszystko jest w porządku.
            -Ale jesteś pewna, że ten Justin cię nie krzywdzi? –zapytała po chwili.
            -Tak mamo jestem pewna. Przepraszam, ale muszę już kończyć zadzwonię wieczorem. Kocham cię mamo. –powiedziałam i rozłączyłam się. Z moich oczy poleciało kilka łez. Szybko je otarłam i poszłam do łazienki się przebrać. Wczoraj kupiliśmy tyle ciuchów, że nie wiedziałam, które wybrać. W końcu zdecydowałam się na to:
            Gdy zeszłam na dół, Justin czekał już przy drzwiach. Wyszliśmy z domu i pojechaliśmy pod budynek w którym znajdowałam się Filia wytwórni Justina. Weszliśmy
do środka. Jak udało mu się zorganizować to wszystko w tak krótkim czasie? Firma już chodziła. Przed gabinetem siedział jakiś chłopak w rudych lokach.stin Bieber? –wstał i zapytał, gdy tylko nas zobaczył.
            -Tak, a o co chodzi? –zapytał mój chłopak.
            -Jestem Ed Sheeran, byłem z panem umówiony na spotkanie.
            -A tak przypominam sobie. To moja dziewczyna Vanessa, będzie przy spotkaniu dobrze?
            -Oczywiście mnie to nie przeszkadza.
            -W takim razie zapraszam do środka. –Chłopak wziął do ręki gitarę, która leżała oparta o krzesło i wszyscy razem weszliśmy do środka.
            -Proszę usiąść. –Justin wskazał na krzesło przed biurkiem, a my obeszliśmy
biurko dookoła  i zajęliśmy miejsce naprzeciwko Eda.
            -Jeśli miałbym z panem współpracować, muszę pierw usłyszeć jak pan śpiewa.
            -Oczywiście. –chłopak był spokojny, wyluzowany. Zupełnie inny niż wczoraj Demi. Wyciągnął z pokrowca gitarę i zaczął grać:
            Nigdy wcześniej nie słyszałam takiej piosenki.
            -Pan sam pisze tekst? –zapytałam gdy skończył.
            -Tak. Sam piszę i komponuję muzykę.

            -Jeśli chodzi o mnie, to jestem w 100% przekonany, że uda się panu zaistnieć na rynku muzycznym. Jest tylko jeden problem…

__________________________________________________
Rozdział z dedykacją dla mojej koleżanki Sheerion :) Mam nadzieję, że ci się podoba :D
Jeśli ktoś chce rozdział z dedykacją, to niech pisze w kom. dla kogo i kto ma w nim wystąpić. Wszystkie prośmy uwzględnię w następnych rozdziałach. :)
Dzięki za komentarze. 4 komentarze = 11 rozdział :)

5 komentarzy: