sobota, 12 kwietnia 2014

Rozdział XI

            -Jeśli chodzi o mnie, to jestem w 100% przekonany, że uda się panu zaistnieć na
rynku muzycznym. Jest tylko jeden problem… -spojrzałam na Justina z lekko otwartymi
ustami. ‘Jaki problem?’. Spojrzałam na Eda. Wesoła minka zmieniła się w przestraszoną. –Jeśli chodzi o menagera, będzie się pan musiał zadowolić mną. –zaśmiał się Justin. –Dopiero rozkręcam w Miami interes i nie mam jeszcze za dużo pracowników. Tak więc, jeżeli to panu odpowiada to zapraszam do współpracy.
            -Bardzo panu dziękuję. To żaden problem, słyszałem, że jest pan jednym z najlepszych menagerów jakich można mieć. Jeszcze raz panu dziękuję –na twarzy Eda od razu pojawił się uśmiech.
            -Mam taki zwyczaj, że ze swoimi podopiecznymi przechodzę na ty. –powiedział Justin wstając. –Justin –podał mu rękę.
            -Ed. –Uścisnęli sobie dłonie.
            -Vanessa –również wstałam i podałam mu dłoń.
            -W taki razie zapraszam do współpracy. Proszę przyjść jutro o 11.30 omówimy wszystkie szczegóły.
            -Dobrze. Do zobaczenia. –powiedział, wziął gitarę i wyszedł.
            Justin usiadł na swoim miejscu.
            -Ten chłopak był niesamowity. –powiedziałam. Justin spojrzał na mnie dziwnie. –No co? Przecież wiesz, że kocham tylko ciebie. –usiadłam mu na kolanach, a on posłał mi miły uśmiech. –Mam do ciebie pytanie.
            -Słucham kochanie? –zapytał uśmiechając się słodko.
            -Rozmawiałam dzisiaj z mamą. Opowiedziałam jej wszystko. O tym jak Max mnie bił, jak poznałam ciebie…
            -Powiedziałaś jej, że musieliśmy wyjechać? –zapytała nie dając mi dokończyć.
            -Nie. Wie tylko o pożarze. Myśli, że nadal mieszkam w Kalifornii tylko, że się przeprowadziliśmy. Chciałabym do niej pojechać. Nie wiedziałam jej kilka miesięcy. A poza tym, moja mama chciałaby cię poznać.
            -Dobrze. –powiedział Justin. –Ale nie w tym momencie. Za 3-4 tygodnie tak. Nie wcześniej. –posmutniałam –Kochanie wiem, że chciałaś pojechać jak najszybciej, ale dopiero co tu zaczynam. Nie mogę teraz tego zostawić. Pojedziemy jak tylko się trochę wybiję dobrze?
            -Niech będzie. –Co miałam innego powiedzieć? I tak nic by to nie dało.
            -Przepraszam skarbie. -przytulił mnie mocno. Nagle jego telefon zaczął dzwonić. Na wyświetlaczu zobaczyłam napis ‘zastrzeżony’. Spojrzałam na niego pytającą mina.
Odpowiedział mi tym samym.
            -Daj na głośnomówiący.  –powiedziałam a Justin nacisnął zieloną słuchawkę i dał
na głośnomówiący.
            -Słucham. –powiedział. Siedziałam cicho. Mieliśmy z Justinem umowę: on będzie dawał na głośnomówiący o ile nie będę się odzywać. Mnie tam pasowało.
            -Co myślałeś, że jak uciekniecie, to będziemy myśleć, że nie żyjesz. –zasłoniłam usta ręką, żeby nie krzyknąć. Moje oczy zaszły łzami. Max. Wiedział, że żyjemy.
            -Czego chcesz? –widziałam, że Justin tez był zaskoczony. Mimo wszystko wysilił się na ton, po którym nie dało się poznać zaskoczenia.
            -Tylko pogadać –powiedział spokojnie Max.
            -O czym ty chcesz gadać? Człowieku spaliłeś mój dom!
            -Możemy dać wam spokój. Ale chcemy coś w zamian. 
            -Niby co? –powiedział Justin i mocno mnie przytulił. Bałam się najgorszego.
            -Damy wam spokój, o ile oddasz mi Vanessę. –moje przypuszczeni się sprawdziły.
            -Jak mogę ci oddać coś, co i tak nie jest twoje. –Widziałam na twarzy Justina ból i strach.
            -Albo oddasz mi Van, albo nigdy nie zaznasz spokoju. Więc jaka jest twoja decyzja? –usłyszałam jak się śmieje. Bałam się co zrobi Justin. Z moich oczu pociekły łzy.
            -Nigdy jej nie dostaniesz. Wolę uciekać przed tobą latami niż, oddać ci kogoś bez kogo nie mogę żyć. –powiedział i rozłączył się. Wtuliłam się w Justina. wstał, wziął mnie na ręce i zaniósł na kanapę, żeby było nam wygodniej.
            -Nie martw się, wszystko będzie dobrze. –powiedział gładząc moje włosy.
            -Co będzie dobrze?! Nic nie będzie dobrze. Oni nas zjadą i zabiją. –powiedziałam przez łzy.
            Justin przytulił mnie bardzo mocno.
            -Dopilnuję , że nic ci się nie stanie. Obiecuję, ze mną jesteś bezpieczna. Tylko musisz mi zaufać. –spojrzałam w jego oczy. Widziałam w nich strach, jakiego nigdy przedtem nie widziałam u kogokolwiek innego. W jego oczach były również łzy.
            -Ufam ci, ale ja po prostu się boję.
            -Ze mną jesteś bezpieczna, rozumiesz? –nie miałam wątpliwości, że on także się boi. Myślał że uda mu się to ukryć, ale się przecenił. Przytuliłam się bardzo mocno do niego. Siedzieliśmy tak kilka minut, dopóki się nie uspokoiliśmy. –Jesteś dla mnie najważniejsza rozumiesz. Jeżeli stracę ciebie, stracę wszystko.
            -Ty też jesteś dla mnie najważniejszy. –powiedziałam i odsunęłam się od niego.
            -No dobra już spokój. –uśmiechnął się i spojrzał na zegarek. –Chodźmy do łazienki się trochę ogarnąć, bo za 15 minut mam następne spotkanie.
            Poszliśmy więc do toalety się ogarnąć. Gdy wróciliśmy przed gabinetem siedziała jakaś dziewczyna.
            -Pani Brigid tak? –zapytał Justin.
            -Tak. –powiedziała wstając. –Byłam umówiona z panem Justinem na spotkanie.
            -To ja zapraszam. –powiedział otwierając drzwi.
            -Ja idę do kawiarni chcesz coś? –zapytałam Justina.
            -Nie dzięki. –pocałował mnie w czoło i wszedł do środka a ja udałam się do kawiarenki która znajdowała się na samym dole budynku.
            ***Oczami Justina***
            ***20 minut później***
            -Proszę pani, ma pani talent to pewne, ale myślę, że jest pani jeszcze za młoda. Sława może panią przytłoczyć. Pani ma dopiero 17 lat o ile dobrze pamiętam. –kiwnęła głową na ‘tak’ -Z doświadczenia wiem, że to może tylko pani zaszkodzić. Proszę mnie źle nie zrozumieć. Ja chcę dla pani jak najlepiej. Zapraszam, za rok. Pani głos się jeszcze rozwinie, i będzie psychicznie przygotowana na to, co idzie za sławą. Zgoda?
            -Zgoda. –powiedziała uśmiechając się. –Dziękuje, że poświęcił mi pan swój czas. Nie zawiodę pana.
            -Mam nadzieję. Do zobaczenia za rok. –dziewczyna odwróciła się i wyszła.
            Vanessa jeszcze nie wróciła. Wyjąłem telefon z kieszeni i zadzwoniłem.
            -Hej skarbie, gdzie jesteś? –zapytałem, gdy tylko odebrała. Jak to dobrze, że kupiłem jej ten telefon.
            -Nadal w kawiarni a co? –usłyszałem głos ukochanej.
            -Nic tak pytam. Nie mam już więcej spotkań na dziś. Wracamy do domu?
            -Jasne. Czekam na dole pa. –rozłączyła się.
            Schowałem telefon do kieszeni i wyszedłem z gabinetu. Zszedłem na dół. Vanessa czekała przy wyjściu. Objąłem ją ramieniem. Nadal się bała. Widziałem to w jej oczach. Wyszliśmy na dwór i skierowaliśmy się w stronę samochodu. Wsiedliśmy.
            -Nadal się boisz prawda? –zdobyłem się na odwagę i zapytałem cicho.
            -Jak mam się nie bać? –spojrzała na mnie. –każdego wieczora, będę kładła się ze strachem, że mogę się rano nie obudzić. –do jej oczu znów napłynęły łzy.
            -Dobrze już, nie płacz. –pocałowałem ją w policzek. –Mam pomysł. Teraz pojedziemy do domu, a po obiedzie pójdziemy na spacer po Miami. Wieczorem urządzimy sobie piknik na plaży i zapomnimy choć na chwilę o tym co nas czeka. Co ty na to?
            -Świetny pomysł. –Uśmiechnęła się. –jak daleko od naszego domu jest plaża?
            -Zobaczysz. –odpaliłem samochód. Podjechaliśmy pod dom. Wysiedliśmy z auta.
            Na obiad mieliśmy pancakesy z M&m’sami. Około godziny 16.30 poszliśmy na spacer. Zwiedziliśmy najbliższą okolicę. W parku spędziliśmy chyba z godzinę. Rozmawialiśmy o wszystkim. Wszystko co leżało nam na sercach, wyrzuciliśmy z siebie. Było nam lżej. Wróciliśmy do domu. Wziąłem koszyk piknikowy, który wcześniej zapakowałem i wyszliśmy na plaże, która była...


___________________________________________________
Nie było 4 komentarzy, ale trudno macie 11 rozdział. mam nadzieję, że wam się spodoba, 

3 komentarze = 12 rozdział :)

7 komentarzy: